You are currently browsing the Historia category

Bogurodzica…

  • Posted on 24 maja, 2013 at 16:19

Najazd węgierski

  • Posted on 24 stycznia, 2013 at 15:50

Zanim jednak upłynął rozejm, zjawił się nowy wróg Podiebradzkiego, znalazł się ktoś, kto się podejmował zabrać koronę królowi polskiemu. Oto Maciej Korwin, król węgierski, wypowiedział wojnę królowi Jerzemu. Do Polski wyprawił poselstwo, uznając prawa rodzinne Kazimierza do spadku po królu Pogrobowcu i ofiarując sojusz ale król nie chciał słyszeć o tem i odprawił posłów węgierskich surowo. Za to Wrocławianie dowiedziawszy się o zamiarach węgierskiego króla, urządzili z radości publiczne zabawy na rynku i wytoczyli mnóstwo beczek piwa, z których pił, kto chciał, na koszta kasy miejskiej.

Maciejowi szczęściło się; prędko zajął w roku 1468 Morawy i gotował się ruszyć do Czech właściwych. Tymczasem w Polsce uchwalił sejm zająć się ponownie pogodzeniem Jerzego z papieżem i wyprawiono w tej sprawie do Rzymu poselstwo. Ale o tem nie chcieli słyszeć nieprzyjaciele Jerzego; bojąc się, żeby do zgody nie doszło, nie czekali na skutek tego poselstwa i w Ołomuńcu ogłosili Macieja królem czeskim dnia 12-go Kwietnia 1469. Przeciwko temu zaprotestowali posłowie polscy, bo do tronu czeskiego mógł mieć prawa król polski i jego synowie, ale nikt inny. Prawa te Jagiellonów uznawał też Podiebradzki i ogłosił królewicza Władysława swym następcą – z pominięciem własnych dzieci, bo widział, że tego dobro kraju wymaga.

Król Maciej przegrał wojnę w właściwych Czechach i musiał poprzestać na Morawach. Tem skwapliwiej rzucił się na sąsiedni Ślązk. Dnia 21-go Maja 1469 przybył do Nysy, zkąd Wrocławianie uroczyście odprowadzili do swego miasta. Skoro nie mogli mieć Niemca, cieszyli się przynajmniej z Węgra; dość, że nie Czech, ani nie Polak. Stawili się w Wrocławiu do hołdu książę oleśnicki Konrad Biały, kozielski Konrad zwany Czarnym, Fryderyk lignicki (syn Jana bukowskiego i owej Jadwigi, którą przedtem Ligniczanie wypędzili), Henryk głogowski i Baltazar żegański. Magistrat złożył hołd, a legat papieski oddal Maciejowi rządy Wrocławia.

Ale teraz ruszyło na Ślązk wojsko Podiebrada, a z węgierskich odwiedzin we Wrocławiu ten był skutek, że niedługo cały kraj od Nysy aż po Łuźyce wyglądał, jak pustynia! Wrocławianie myśleli, że nowy ich król będzie teraz Ślązka bronił węgierskiem wojskiem, a król znowu myślał, że Ślązk miał dawniej pieniądze na wojsko, może mieć i teraz, a on swoich wydawać nie potrzebuje; niemiał ich i tak dużo. a rządy swoje w Wrocławiu rozpoczął od bicia gorszej monety, na której trzeba było ponosić wielkie straty. Otworzyły się oczy_niektórym książętom ślązkim. Najpierw porzucił sprawę Macieja książę opawsko-raciborski Jan IV, a książęta górnoślązcy Przeemysław cieszyński i Wacław rybnicki nie chcieli nawet zbierać wojska dla Macieja.

za: http://biblio.ojczyzna.pl/HTML/KONECZNY-Dzieje-Slazka-5.htm

Jeden, jedyny zadowolony Polak, czyli Węgier w Polsce

  • Posted on 21 stycznia, 2013 at 11:46

Naprawdę jest mi trochę głupio, bo temat wymaga ode mnie pewnego obnażania się, a ja ekshibicjonistą intelektualnym nie jestem.

Mam poczucie, czy też świadomość, podwójnej tożsamości, ale nie czuję się uczestnikiem żadnej mniejszości w Polsce. Czuję się natomiast członkiem mniejszości narodowej na 200- czy 300- kilometrowym odcinku słowackim, jak jadę samochodem z Warszawy do Budapesztu.

Żeby dało się zrozumieć ten cały nieprawdopodobnie skomplikowany problem, nie tylko osobisty, ale i ogólnowęgierski, wypada zacząć od małego wstępu na temat mojej rodziny.

Rodzina mojej matki pochodzi z węgierskiego Ujvidék (obecnie serbski Nowy Sad) i Ardu (obecnie rumuński Arad) ze zmadziaryzowanej rodziny niemieckiej. Jednak moja mama, jak i jej brat, czyli mój wujek, zdali egzamin z patriotyzmu węgierskiego w trudnych latach drugiej wojny światowej oraz w 1956 r.

Rodzina ojca pochodzi ze Spiszu (Spis, Szepeség, Zpis), który obecnie leży częściowo w Słowacji, a północna część w Polsce, a więc z krainy, która od początku państwowości aż do 1918 r była częścią Korony Węgierskiej. Jest to ród saski, który zamieszkał w XV w. na Spiszu (szlachectwo Engelmayerów zostało potwierdzone w 1965 r.). Pozwolę sobie zacytować wielkiego pisarza węgierskiego Móra Jókaiego, który tak pisze we wspaniałej powieści Biała dama z Lewoczy (Löcse, Levoca, Leutschan): „… pod herbami nadawanymi przez Królów węgierskich, same niemieckie nazwiska – Zecher, Perner, de Schacher, Fabriczius, Alauda, Engelmayer […] właśnie oni i prastare rody mieszczańskie zajmują wybitne miejsce w dziejach Węgier, a w szczególności w historii powstań narodowych. Węgierski Sienkiewicz opisuje powrót burmistrza Lewoczy Fabricziusa z Polski dostarczającego broń i pieniądze dla powstańców. Wszyscy wiedzieli, że burmistrz i Engelmayer są najbardziej miłowanymi przez księcia Ferenca Rákoczego ludźmi na Spiszu”.

Dokąd sięga moja znajomość historii rodu Engelmayerów, a po stronie babci – rodu Rausów, moi przodkowie uważali się za Węgrów i byli patriotami węgierskimi, choć jednocześnie twierdzili, że są Zippserami, czyli Spisakami. Opat Lewoczy, późniejszy biskup Nyiry (Nitra) Samuel Engelmayer przekazywał tajną korespondencję między konfederatami barskimi a ich posłannikiem, uwięzionym w Wienernaustadt, Mihályem Kovátsem, późniejszym pułkownikiem legionu Pułaskiego w Ameryce, poległym pod Charlestonem w 1779 r. Na Spiszu masowo znaleźli schronienie uchodźcy polscy po upadku powstania listopadowego i uciekinierzy w 1846 r. z Galicji. Mieszkańcy Spisza odgrywali ważną rolę nie tylko w kontaktach węgiersko-polskich w 1863 r., ale również w czasie drugiej wojny światowej, choć już wtedy byli obywatelami słowackimi.

Moi rodzice i babcia uczyli mnie, że oprócz miłości do ojczyzny, czyli do Węgier, można kochać i mała ojczyznę – jak mówią Niemcy: Heimat – czyli Spisz, mimo że leży ona poza granicami kraju i że dane mi było ją zobaczyć dopiero w prawie dorosłym wieku.

Dla mnie Spisz był krainą legend rodzinnych i narodowych, dziecięcych marzeń, gór – Tatr, tradycji powstańczych, historycznych, terenem opisanym w „węgierskiej trylogii”. W 1956 r., gdy w wieku 18 lat znalazłem się po raz pierwszy na Spiszu, część tego wszystkiego jeszcze odnalazłem. Przede wszystkim poznałem moją Babcię, nieprawdopodobną osobę, z którą utrzymywałem kontakt listowny od 6. roku życia. Babcia była córką wicewojewody Spisza, najwyższego urzędnika państwa węgierskiego na tym terenie (funkcja wojewody była tytularna). Żyli tam Węgrzy, Niemcy, czyli Zippserzy, Słowacy, Polacy, Żydzi, Ukraińcy. Babcia opowiadała, że kiedyś ojciec zabrał ją – gdy jeszcze nie chodziła do szkoły – na jakąś uroczystość, gdzie zagrano i zaśpiewano przepiękną pieśń. Zapytała ojca co to za utwór, a najwyższy urzędnik węgierski powiedział, że to jest hymn węgierski. Na to Babcia, 5 – 6 letnia dziewczynka, mówi, że w takim razie ona chce być Węgierką, a tatuś bardzo ją pochwalił. Tak to wyglądało w tej części Europy na przełomie XIX i XX w.

Moja nauka podwójnej tożsamości kulturowej, a nawet – zaryzykowałbym – narodowej, była niełatwa, czasami bolesna, czasami tragikomiczna. Oto dwa rodzinne przykłady:

– Mój dziadek po mieczu Odon Engelmayer był starostą okręgu Késmárk (Kezmarok, Kosmark). W 1918 r., gdy powstała Republika Czechosłowacka, przyznał się do narodowości niemieckiej, żeby móc zostać w swoim Heimacie i pomagać pozostałym Węgrom. W 1939 r., jak powstała „niepodległa” Słowacja, przyznał się znów do narodowości węgierskiej, bo wtedy już nie groziło to wydaleniem z okręgu.

– Mąż siostry mojego ojca był Niemcem ze Spiszu, w domu mówili po niemiecku. W 1939 r. przyznał się do narodowości niemieckiej i w 1944 r., kiedy Niemcy całkowicie opanowali Słowację, jego syn, czyli mój kuzyn, został powołany do SS jako Volksdeutsch. Chłopak uciekł w Tatry, gdzie polowała na niego partyzantka polska, słowacka, radziecka, a także oczywiście Gestapo i SS. Po wybuchu powstania słowackiego, które jeszcze bardziej skomplikowało jego położenie, żeby się ratować, zgłosił się jako ochotnik do Wehrmachtu. Potem, w 1945 r., walczył pod Pragą czeską z własowscami(dowodzonymi przez Andreja Vlasova jednostkami rosyjskimi walczącymi pod komendą niemiecką), czy z rosyjskimi sojusznikami Hitlera, którzy pospieszyli na pomoc antyniemieckim powstańcom praskim. Surrealizm? Kafka, Ionescu, Mrożek? Nie. Środkowa Europa!

Wracając do moich przeżyć z lata 1956 r.: oprócz spotkania z Babcią największe wrażenie zrobił na mnie las oddzielający czy łączący Késmárk (Kezmarok, Kosmark) i Tatry. Często przemierzałem go na przełaj. Nigdzie poza tym miejscem nie miałem wrażenia, że jestem tak blisko Boga – spokój, szczęście. Tego lasu już nie ma, w latach 60. został wycięty, zasiano tam kukurydzę, ale nie rosła. Zamiast lasu, na skutek erozji, pojawiła się Sahara pod Tatrami.

Od tej pierwszej wycieczki Spisz stał się rzeczywiście moim Heimatem, moją „mała ojczyzną” i pozostał nią do dziś – niezależnie od tego, czy jest zniszczony, czy jest polski, czy słowacki. Nie przypadkowo – teraz oczywiście się chwalę – moje zbiory hungaryków przekazałem na Zamek Nidzicki, który nota bene jest jedynym zamkiem na terenie historycznych Węgier poza granicami obecnych Węgier, którego węgierskość nigdy, nawet w czasach stalinowskich nie była kwestionowana.

Niespełna dwa miesiące po mojej pierwszej wycieczce na Spisz wybuchło w Budapeszcie powstanie. Jego początkiem była demonstracja solidarnościowa z Polakami w dniu 23 października pod pomnikiem Bema. „Minden magyar együtt halad, kövessük a lengyel utat!” (Wszyscy Węgrzy chodźcie z nami, pójdziemy za Polakami). „Függetlenség, szabadság – lengyel-magyar barátság!” (Niepodległość + wolność = przyjaźń polsko-węgierska). W ciągu 13 dni powstania określiło się całe moje późniejsze życie, którego niezwykle ważną częścią stała się tradycja historycznej przyjaźni węgiersko-polskiej.

Przez 30 lat próbowałem wytłumaczyć ten węgierski fenomen propolskiej sympatii. Niewątpliwie istniała ukształtowana przez wieki społeczna świadomość wspólnoty losu, zrodzona m.in. za przyczyną podobieństw w rozwoju społecznym. Wielkie znaczenie dla utrwalenia propolskich sympatii ma także literatura patriotyczna. Dla przykładu, świadomość dzisiejszych najwybitniejszych polonistów węgierskich określiła w dzieciństwie powieść Viktora Rákosiego Chłopcy bohaterzy,O węgierskich orlętach generała Bema.

Ostatnio tłumaczyłem fragment pracy nie żyjącego już profesora Istvána Csaplárosa dotyczący percepcji „hymnów” polskich, czyli Jeszcze Polska nie zginęła i Boże coś Polskę na Węgrzech. Otóż zaraz po powstaniu tych pieśni – w okresie kiedy mieliśmy wspólne cele i interesy narodowe – pojawiły się one w ręcznie pisanych śpiewnikach z tekstem polskim, słowackim, a najczęściej węgierskim. Po 1897 roku, po ugodzie między narodem węgierskim i Habsburgami, te pieśni znalazły się w śpiewnikach drukowanych, m.in. w pierwszym zbiorze 100 patriotycznych i pobożnych pieśni węgierskich wydrukowano Boże coś Polskę i Jeszcze Polska nie zginęła. Były one śpiewane w szkołach, przez chóry związkowe, amatorskie i zawodowe. Ja jeszcze uczyłem się ich w szkole i mogę je zaśpiewać po węgiersku. Międzywojenny powieściopisarz Rezsö Töröka umieścił w jednej ze swoich książek następujące zdarzenie: na początku wieku chłopcy z przedmieścia Budapesztu kąpali się w Dunaju i palili ognisko, co było zabronione. Zjawił się policjant i przerażeni, chłopcy… zaczynają śpiewać Boże coś Polskę. Policjant zasalutował i odszedł. Można uznać za swoisty fenomem fakt, że pieśni te stały się organiczną częścią patriotyzmu i tradycji węgierskiej.

Tradycja propolskich sympatii kształtowała się w węgierskiej szkole. Kilka lat temu robiłem dokumentalny program radiowy o uchodźstwie polskim na Węgrzech w czasie II wojny światowej. Rozmawiałem z Węgrem, który w 1939 r. odbierał przerzucanych przez Drawę, czyli na teren Jugosławii, Polaków jadących potem przez Włochy do Francji. Zapytałem go, czy robił to za darmo. Odpowiedział, że za pieniądze, bo chodził do serbskiej szkoły i nie wiedział, że istnieje coś takiego, jak przyjaźń węgiersko-polska.

Boję się tylko, że jeśli edukacja na Węgrzech będzie wyglądała w przyszłości tak jak obecnie, to cały ten przepiękny, blisko tysiącletni wątek historyczny przestanie istnieć. Choć pocieszające jest, że w tych rodzinach i środowiskach, w których pielęgnowane są tradycje patriotyczne istnieje wciąż często racjonalnie nie wytłumaczalna sympatia propolska.

To wszystko odżyło gwałtownie w roku 1956. Pojawiła się świadomość wspólnych celów (suwerenność, destabilizacja, demokracja), wspólnoty losu i zagrożenia ze strony ZSRR. Panowała nie tylko wówczas, ale i później nieprawdopodobna sympatia do Polski. Język polski stał się niesłychanie modny. Znaczna część obecnej węgierskiej elity politycznej, wywodząca się z byłej opozycji mówi albo przynajmniej rozumie po polsku.

Moje pokolenie jeżdżąc autostopem po Polsce (u nas było to zabronione) szukało w Polsce tradycji historycznej, patriotyzmu (kościół, tradycja akowska, powstańcza), na Węgrzech bowiem wszelkie gesty patriotyzmu, przywiązania do narodowych tradycji traktowano jako objawy nacjonalizmu. Dla nas Polska była – w porównaniu z Węgrami – oazą wolności, ale również oknem na Europę (kluby studenckie, teatr, malarstwo abstrakcyjne, „Warszawska Jesień”, Jazz Jamboree, filmy zachodnie, filmy szkoły polskiej itp.). Kiedy w 1969 r. na rowerze przekroczyłem granicę na Łysej Polanie, zobaczyłem żołnierzy WOP w znanych z historii i z lektur polowych rogatywkach. Jestem osobą sentymentalną, patriotyczno-romantyczną i na ten widok… prawie się rozpłakałem. U nas mundur naśladował wówczas wzory radzieckie, nawet herb był naznaczony radziecką symboliką, choć po 1956 r. nadano mu pewne elementy narodowe.

Po powstaniu 1956 r. nie uciekłem na Zachód. Pracowałem jako robotnik, miałem wilczy bilet i różnorodne, coraz to nowe, kłopoty. Po pierwszej rowerowej wycieczce do Polski postanowiłem „wybrać wolność” w Polsce. Po niewyobrażalnych perypetiach udało mi się. Znalazłem wspaniałą żonę, zacząłem studiować, czułem się wolny. W Polsce bardziej mogłem być Węgrem niż u siebie w domu. Licznie przyjeżdżający autostopem i nocujący u nas koledzy i koledzy kolegów zazdrościli mi. Mówiono wówczas, że w Polsce jest jeden zadowolony Polak – to jest ten Węgier, czyli ja.

Pewne komplikacje powodował język. Na początku miałem trudności z polskim (uczyłem się raczej ze słuchu niż z podręcznika i z tego powodu błędy gramatyczne zdarzają się mi do dziś). Później, już jako student UW, uczyłem się nowych pojęć po polsku (głównie z filozofii i logiki) i, aby zachować pełną kompetencję we własnym języku, z wielkim samozaparciem odnajdywałem odpowiedniki tych pojęć po węgiersku.

Na początku lat siedemdziesiątych w Budapeszcie przypadkowo spotkałem kolegę z lat szkolnych. Był z dziewczyną. Poszliśmy na piwo i wspominaliśmy dawne czasy. Dziewczyna nie znała mnie, ale z rozmowy zorientowała się, że żyję za granicą. W pewnym momencie powiedziała: – Chyba wyjechałeś z kraju na początku lat 60. – Skąd wiesz? – Z twojego stylu mówienia (rozmawialiśmy slangiem młodzieżowym), dziś już tak się nie mówi, np. na dziewczynę dziś już nie się mówi lala… To był cios. Zacząłem śledzić zmiany językowe, zbierając nowe wyrazy, określenia slangowe, słowem uczyłem się i uczę się ciągle własnego języka.

Odkrycie innej kultury, która mimo odmienności jest bardzo podobna do mojej, dało mi ogromną radość. Stałem się bogatszy, mogłem czerpać z dwóch kultur. Jako tłumacz pośredniczyłem między intelektualistami węgierskimi i polskimi. Później to pośrednictwo rozszerzyło się także na opozycję. To wszystko zawdzięczałem Polsce, Polakom, temu, że znalazłem tu schronienie. Nigdy nie przestałem być Węgrem, ale chyba bardziej wówczas utożsamiałem się z Polską niż z Węgrami.

Niewątpliwie czasami bywałem i bywam bardziej Polakiem od niektórych Polaków, lepiej znam i czuję pewne fragmenty życia społecznego czy kulturalnego niż nie jeden Polak. Niemniej jednak mam spojrzenie na sprawy polskie trochę z zewnątrz, z dystansu. Podskórnie przeczuwałem nadchodzący rok 1968, konflikty lat 70. (już w okresie „Pomożemy”), czy po powstaniu Solidarności, zbliżający stan wojenny. Mam na to świadków, choćby nieżyjącego już Wiktora Woroszylskiego, który kilkakrotnie mówił o tym w różnych wywiadach.

W haniebnym 1968 r. duża część tego cudownego społeczeństwa, które świadomie wybrałem, nie zdała egzaminu. Był to potworny wstrząs, nie tylko z powodu znanych nam wszystkim wydarzeń. Wydawało mi się, że jeśli jako dorosły człowiek wybrałem świadomie jakiś kraj i społeczeństwo, to nie ciągnę ze sobą całego obciążenia z lat wcześniejszych. Zaczynam wszystko od nowa, wybieram ludzi, kontakty, środowiska. Wtedy okazało się, że trzeba te sprawy na nowo zweryfikować, a mój plecak jest obciążony.

Dodatkowym doświadczeniem było to, że – ponieważ uznano mnie za syjonistę-goja, z takim nazwiskiem – nie mogłem przez długi czas dostać pracy. Doznałem zatem – tu, w Polsce – podwójnego poniżenia. Nota bene, jak powierzono mi stanowisko ambasadora, też znaleźli się tacy, którzy mówili, że Węgrzy zwariowali – wysyłają do Polski Żyda, który dodatkowo żyje w Polsce.

Zatem po marcu musiałem zrewidować wiele spraw, między innymi swój stosunek do Polski, do Węgier, do kultury, do historii zarówno polskiej, jak i węgierskiej. Była to najpierw weryfikacja intelektualna, polityczna. Szok emocjonalny, uczuciowy nadszedł nieco później. Przyjechał do Warszawy z Debreczyna dziecięcy zespół ludowy. Ja byłem ich tłumaczem, opiekunem, konferansjerem. Grali i śpiewali piosenki z mojego dzieciństwa, tkwiące bardzo głęboko, prawie zapomniane. Było to jak seria z karabinu maszynowego kosząca biegnącego żołnierza. Zrozumiałem, że nie mogę – może inni to potrafią – zapomnieć, świadomie czy nieświadomie wyrzec się pewnych rzeczy, pewnych wartości. Wchodziłem więc w okres Solidarności legalnej i nielegalnej już nie tylko jako Węgier z pochodzenia, ale również jako Węgier z uczucia i przekonania.

Kim zatem jestem – Węgrem czy Polakiem? Niewątpliwie jestem stuprocentowym Węgrem, ale jestem nieprawdopodobnie związany z Polską. Tkwię – intelektualnie, uczuciowo, politycznie, praktycznie – w dwóch kulturach. Jest to cudowne. Ale Bogu dzięki nie interesuję się piłką nożną, bo naprawdę nie wiem, komu bym kibicował oglądając mecz Polska–Węgry.

Wydaje mi się – proszę tego nie odebrać jako samochwalstwa – że udało mi się – Węgrowi żyjącemu tutaj, ambasadorowi akredytowanemu w Warszawie – coś robić dla kultury polskiej, dla Polski w ogóle. Chciałbym też z całą siłą podkreślić, że gdy rozpoczynałem misję ambasadora powiedziałem premierowi śp. Józsefowi Antallowi, że jeśli będę miał zrobić coś, co zaszkodzi Polsce albo co jest nie do pogodzenia z polską połową mojego sumienia, to zrezygnuję. Dane mi było, że nie musiałem tego robić. Odszedłem natomiast – tego wymagało moje sumienie – po dojściu postkomunistów do władzy.

Pewien wspaniały Węgier, żyjący przez wiele lat w Polsce, zasłużony dla obu kultur, na łożu śmierci wołał nie żonę i dzieci, lecz mnie i jeszcze innego Węgra będącego akurat w Warszawie.

Wiem, że na starość i moja nostalgia do ojczyzny będzie rosła. Wiem też, że już nigdy na stałe tam nie powrócę. Wiem, że na łożu śmierci będę majaczył po węgiersku, chociaż czasami zdarza mi się we śnie mówić po polsku.

Kończąc bardzo sentymentalnie i bardzo wzniośle: chciałbym być pochowany w Nidzicy, czyli na Spiszu, na terenie Korony Węgierskiej, a obecnie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Ákos Engelmayer

za: http://www.instesw.ebox.lublin.pl

Byłam ambasadorową we własnym kraju

  • Posted on 21 stycznia, 2013 at 11:41

W styczniu 2002 roku minęło siedem lat od czasu, gdy zamieszkaliśmy w Podkowie. Przedtem mój mąż Ákos Engelmayer, Węgier, pełnił w latach 1990-95 obowiązki ambasadora Republiki Węgierskiej w Polsce. 

Chęć znalezienia swojego miejsca tutaj zrodziła się znacznie wcześniej. Zaczęło się w roku 1982, gdy przyjechaliśmy do kościoła w Podkowie na mszę za Ojczyznę. Msze takie odprawiane były w tutejszym kościele raz w miesiącu, z inicjatywy księdza Leona Kantorskiego. Po mszy odbywały się spotkania z autorem, w których organizowaniu miał swój udział Bohdan Skaradziński. 

Przyjechaliśmy wtedy z autorem, który miał tej niedzieli swój odczyt – Jackiem Maziarskim i jego żoną Hanką. I od tej pory pojawialiśmy się w Podkowie dość regularnie: na mszach za Ojczyznę, na wystawach, a także w domach prywatnych, na nielegalnych wówczas przedstawieniach teatralnych. Zawarliśmy wiele znajomości, które przekształciły się we wspólne podziemne „knucie”, nawiązaliśmy przyjaźnie, które przetrwały do dzisiaj. 

W 1986 roku, w 30. rocznicę Powstania Węgierskiego, dzięki poparciu i akceptacji księdza Leona Kantorskiego, w podkowiańskim kościele została odsłonięta pierwsza w tej części Europy, łącznie z Węgrami, tablica ku czci poległych i pomordowanych w Październiku 1956 roku, z inskrypcją w języku węgierskim i polskim. Poświęcenie tablicy nastąpiło po uroczystej mszy świętej za Ojczyzny Polaków i Węgrów, z kazaniem księdza Leona, i po odczycie młodego historyka krakowskiego – Wojciecha Frazika. Wtedy też w salach pod kościołem otwarto wystawę pochodzących ze zbiorów mojego męża zdjęć z węgierskich wydarzeń 1956 roku. 

Tablica, ukryta po poświęceniu, wróciła do kościoła dopiero po wyborach 1989 roku. Kwiaty pod nią składali między innymi: wiceprzewodniczący komisji spraw zagranicznych parlamentu Miklós VÁsÁrhelyi, który był współoskarżony w procesie premiera Imre Nagy’a, straconego w 1958 roku i minister spraw zagranicznych Republiki Węgierskiej Géza Jeszenszky. 

Sześć lat wcześniej, w 1980 roku, w podkowiańskim kościele głodowali polscy „ekstremiści”, protestując przeciwko uwięzieniu niezależnego wydawcy Mirosława Chojeckiego. Do głodówki przyłączył się też Węgier Tibor Pakh, który dowiedział się o niej z radia Wolna Europa i specjalnie w tym celu przyjechał do Podkowy. Tibor PÁkh, uczestnik Powstania Węgierskiego, był przez wiele lat więziony za protesty przeciwko wykonywaniu wyroków śmierci na małoletnich powstańcach; w stanie wojennym organizował na Węgrzech pomoc dla polskich sierot. 

W 1994 roku Tibor PÁkh razem z moim mężem otrzymali honorowe obywatelstwo miasta-ogrodu Podkowa Leśna. 

W 1987 roku, znów dzięki gościnności księdza Leona Kantorskiego, w salach przy kościele odbyło się założycielskie spotkanie Solidarności Polsko-Węgierskiej. Jednym z sygnatariuszy był Árpad Göncz, więzień 56 roku, dysydent. W 1994 roku, jako prezydent Republiki Węgierskiej odznaczył księdza Leona „Medalem 1956 roku” – za pielęgnowanie idei Węgierskiego Października. 

Na cmentarzu w Podkowie Leśnej są pochowani trzej żołnierze węgierscy, rozstrzelani przez Niemców w 1944 roku. Blisko kościoła jest skwer Przyjaźni Polsko-Węgierskiej z tablicą-pomnikiem upamiętniającym braterstwo broni w II wojnie światowej, mimo że w czasie wojny Węgry oficjalnie i faktycznie były po przeciwnej stronie. 

Trudno byłoby nam znaleźć drugie takie miejsce blisko Warszawy, zawierające tyle wątków polsko-węgierskich, a jednocześnie, mimo pewnych nienajlepszych zmian, zachowujące charakter miasta-ogrodu. 

Z ludźmi Podkowy związał nas też wyjazd w 1989 roku na pielgrzymkę organizowaną przez Parafialny Komitet Pomocy Bliźniemu do Lwowa, Czerniowiec, Kamieńca Podolskiego, Odessy i Kijowa. 

W październiku 1990 roku, zaraz po objęciu przez męża funkcji ambasadora, przyjechaliśmy wraz z pracownikami ambasady na uroczystą mszę do kościoła w Podkowie Leśnej. Mszę odprawiał ksiądz Leon Kantorski. W styczniu 1995 roku, również w podkowiańskim kościele, na mszy świętej podziękowaliśmy z księdzem Leonem za miniony okres. Po mszy, na symboliczną lampkę wina zaprosiliśmy wtedy księdza i pracowników ambasady już do naszego, nie całkiem jeszcze urządzonego domu w Podkowie. 

Ákos wybrał wolność w Polsce w 1961 roku. Rok później pobraliśmy się. Cały czas mieszkaliśmy i pracowaliśmy w Polsce. Mąż tu skończył studia na Uniwersytecie Warszawskim i tu urodziły się nasze dzieci. Związki z Węgrami, ojczyzną i ludźmi, miał zawsze. W pracy zawodowej zajmował się głównie tłumaczeniem i pisaniem na tematy polsko- węgierskie. Przez wszystkie tamte lata nie chciał się wyrzec obywatelstwa węgierskiego. 

W latach osiemdziesiątych siłą rzeczy nasiliły się jego spotkania z rodakami i pośredniczenie w kontaktach polsko-węgierskich. Przyjeżdżało do nas wielu Węgrów, którzy słuchali i patrzyli, co się dzieje w Polsce na ulicach, w domach prywatnych i w kościołach. 
Po zmianach, które nastąpiły w roku 1989 tu i na Węgrzech, przyszedł czas na powołanie nowego korpusu dyplomatycznego. Mąż otrzymał propozycję objęcia stanowiska ambasadora Węgier w Polsce. 

Pamiętam, że dowiedziałam się o tym któregoś dnia w maju 1990 roku. Ákos zatelefonował do mnie z Budapesztu. „Co byś powiedziała na to, że mogę zostać ambasadorem już Republiki Węgierskiej, a nie WRL w Polsce?” 

Przyznam, że moje zaskoczenie było pełne i choć powiedziałam: Nie! wiedziałam, że Ákos już się zdecydował. Pytań było wiele, ale zasadnicze jedno – czy on podoła i czy ja, oczywiście każde z nas w innym zakresie. 

Stało się i zostałam ambasadorową we własnym kraju. Przez blisko trzydzieści lat, od 1962 roku, byłam nie tylko żoną, ale jeszcze krótko studentką, matką dwojga dzieci (syn Andrzej urodził się w 1964 roku, a córka, Urszula w 1971), pracowałam jako architekt, byłam gospodynią domową czyli typową polską kobietą pracującą, z rodziną. Pomału oswajałam się z myślą, że teraz będę odbierana i przedstawiana przede wszystkim jako żona ambasadora. I tak też było. 

Z pewnością nasi przyjaciele ucieszyli się ze zmiany w naszym życiu. Wiedzieli o dużym zaangażowaniu Ákosa w sprawy polsko- węgierskie i o jego działaniach w Polsce, uważali więc, że znalazł się w odpowiednim miejscu. Znając mnie natomiast martwili się, czy nie będzie mnie to zbyt męczyć. Zdarzało się też, że niektórzy znajomi, ledwo poznający mnie na ulicy albo w pracy, zaczęli obdarzać mnie dużo większym zainteresowaniem. 

Latem 1990 roku intensywnie pracowałam zawodowo, kończyłam najpilniejsze projekty. Część lata, korzystając z gościny Marysi Maros i jej męża, spędziłam z moją półtoraroczną wnuczką Marysią w Podkowie Leśnej. Ákos był wówczas w Budapeszcie, gdzie pracował w ministerstwie spraw zagranicznych, przygotowywał się do pełnienia nowej funkcji, rozmawiał z politykami i był przepytywany przez różne komisje. 

W pewnym momencie zostałam zaproszona przez ambasadę węgierską do obejrzenia rezydencji, w której przez najbliższe cztery lata mieliśmy mieszkać i przyjmować mniej lub bardziej oficjalnych gości. Miałam wyrazić swoje zdanie i podjąć decyzje co do remontu i wystroju domu. Był to piętrowy budynek, z ogrodem, który mnie najbardziej ucieszył. Na parterze mieściły się dwa salony, jadalnia, duża kuchnia i łazienka, w suterenie był bar urządzony w stylu lat pięćdziesiątych. Te dwie kondygnacje miały charakter oficjalno-reprezentacyjny. Na piętrze była część prywatna, sypialnia, gabinet, oczywiście łazienka i duży taras od strony ulicy. 

Decyzje co do zakresu prac remontowych były trudne, bo mąż uprzedził mnie, że ma być oszczędnie. Skończyło się więc na zmianach, które wydawały mi się konieczne. Zerwano zbyt wzorzyste, ciemne tapety, ściany pomalowano na biało, wymieniono niektóre lampy i zasłony. Meble były porządne, stylizowane na antyki – podobne widywałam potem w innych rezydencjach – brakowało natomiast półek na książki. 
Początkowo czułam się w tym domu jak w hotelu, czy wynajętym na trochę mieszkaniu – i właściwie słusznie, bo mieliśmy tam spędzić jakiś określony czas. Miałam świadomość, że musimy to wnętrze oswoić. Pomogło przeniesienie z naszego mieszkania, oddalonego zresztą od rezydencji o niespełna kilometr, naszych książek, trochę obrazów i prywatnych drobiazgów.

Nie bardzo mogłam i nie chciałam całkowicie zrywać z dotychczasową pracą. Okazało się to możliwe i byłam chyba jedyną żoną ambasadora, która pracowała zawodowo. Chodziłam więc nadal do pracy, co prawda tylko trzy razy w tygodniu, robiłam zakupy i w miarę możliwości zajmowałam się wnuczką, a potem jeszcze wnukiem. Spotykałam się z dziećmi i przyjaciółmi, to było moje prywatne życie. 

Wracam do początków. We wrześniu pojechałam do Budapesztu, do Ákosa, który tam kontynuował przygotowania do objęcia bądź co bądź zaszczytnej funkcji. Nie wiedziałam, czy nie czekają mnie tam jakieś szkolenia dla żon ambasadorów, ale okazało się, że nie – miałam sobie radzić sama. W Budapeszcie Ákos chodził do pracy w ministerstwie spraw zagranicznych, ja spędzałam czas jako turystka i próbowałam uzupełnić swoją garderobę. 

Nasz powrót do Warszawy był jednocześnie oficjalnym wyjazdem Ákosa do Polski jako ambasadora. Na odlot samolotu czekaliśmy w saloniku VIP-ów, w samolocie też nas traktowano w specjalny sposób. 

W Warszawie jakiś czas mieszkaliśmy jeszcze w naszym własnym mieszkaniu; w rezydencji trwały prace remontowo-porządkowe. Stamtąd mąż wyjeżdżał służbowym samochodem z kierowcą do ambasady, a ja – autobusem do pracy. 

W październiku przeprowadziliśmy się do rezydencji. Tutaj, zwłaszcza na początku, a właściwie przez cały czas jej pobytu w Polsce, bardzo ważną i pomocną dla mnie osobą była pani Gyöngyi, która pracowała w rezydencji wcześniej, u poprzednika Ákosa. Wprowadzała mnie w pewne tajniki techniczne zarówno samego domu, jak i przyjmowania oficjalnych gości. 

Do obowiązków pani Gyöngyi i jej męża Jenö należało między innymi przygotowywanie przyjęć w rezydencji, dbała ona również o czystość i porządek w części reprezentacyjnej, a w ramach zajęć dodatkowych sprzątała w części prywatnej i prasowała – przyznam, że wyręczanie mnie w tej ostatniej czynności sprawiało mi sporą przyjemność. 

Wprowadzeniem mnie w moją oficjalną rolę był dzień złożenia przez Ákosa listów uwierzytelniających prezydentowi Polski. Do rezydencji przyjechali dyplomaci węgierscy i oficer ze służb prezydenta. W takiej asyście pojechał nowo mianowany ambasador złożyć listy uwierzytelniające prezydentowi, wówczas – Wojciechowi Jaruzelskimu. 

Tego samego dnia, już jako urzędujący ambasador, składał wieniec na Grobie Nieznanego Żołnierza. Byłam tam jako jedna z osób towarzyszących. Po uroczystości, gdy już odchodziliśmy z placu, na którym stało sporo ludzi, do Ákosa podeszło kilkanaście osób z gratulacjami. Byli to koledzy i koleżanki z Interpressu, w którym mąż pracował przez kilka lat i skąd został zwolniony w 1987 roku. Było to dość nietypowe spotkanie ambasadora akredytowanego w Warszawie z mieszkańcami miasta – kolegami z pracy. 

Niedługo po objęciu przez Ákosa funkcji zaprosiliśmy do rezydencji wszystkich pracowników ambasady, Węgrów i Polaków, wraz z żonami i mężami. Do tej pory nie było takiego zwyczaju, ale okazało się, że kolacja integracyjna była dobrym pomysłem (żeby być sprawiedliwą – pomysłem częściowo podsuniętym przez sekretarkę Ákosa, panią Évę). Było sympatycznie, chyba wszyscy czuli się swobodnie, a ja poznałam cały zespół ludzi za jednym zamachem. 

Ambasada węgierska znajduje się przy ulicy Chopina, w pobliżu Alej Ujazdowskich. Przed wojną była tu siedziba Poselstwa Królestwa Węgier. Zbigniew Brzeziński opowiadał nam kiedyś, że w 1939 roku, jako kilkuletni chłopiec z balkonu tego gmachu oglądał ze swym ojcem defiladę z okazji 3 maja. 
We wrześniu tego samego roku budynek został zniszczony. Odbudowano go na początku lat pięćdziesiątych, co wpłynęło na jego funkcjonalność i zostawiło ślad we wnętrzach. Część wejściowa składa się z małej poczekalni i dużego hallu z szerokimi schodami prowadzącymi na pierwsze piętro, do dwóch dużych sal reprezentacyjnych, które praktycznie na co dzień nie są używane. Przydają się w dni uroczystych przyjęć. 

23 października, w rocznicę Powstania Węgierskiego, w dniu święta narodowego ustanowionego w 1989 roku, ambasada wydawała przyjęcie, dla nas – inauguracyjne. Przyznaję, że miałam potężną tremę. Oprócz gości zaproszonych według klucza dyplomatycznego na przyjęciu były nasze dzieci – córka z mężem, syn z żoną i parę osób, z którymi nie tak dawno knuliśmy – drukarze, kolporterzy i kolporterki podziemnej prasy i książek. Chcieliśmy, żeby i oni byli z nami tego dnia. 

Goście „z klucza” to przede wszystkim ambasadorowie i ich współpracownicy, z dziekanem korpusu – nuncjuszem papieskim oraz Polacy: politycy z niedawnej opozycji i nie tylko, przedstawiciele rządu, sejmu, senatu, episkopatu, generałowie i ludzie kultury. Zdarzyło się kiedyś, że jednocześnie przybyli czterej premierzy: urzedujący i trzej byli (Tadeusz Mazowiecki, Jan Olszewski, Waldemar Pawlak i Józef Oleksy). 

Według przyjętego zwyczaju gospodarze przyjęcia witają przed wejściem do głównej sali uściskiem dłoni kilkuset (a nawet około tysiąca) nadchodzących gości – jest to swojego rodzaju wyczyn. Potem należy wmieszać się w tłum i rozmawiać, to znaczy wymieniać parę zdań z jak największą ilością osób. Oczywiście ambasador i inni dyplomaci są do tego bardziej zobowiązani, ale żona też nie powinna stać w jednym miejscu. Poza tym z zasady nie rozmawia ona na tematy polityczne. 

Mój udział w życiu dyplomatycznym polegał głównie na chodzeniu na przyjęcia z okazji świąt narodowych poszczególnych państw. Były też kolacje, rzadziej obiady, wydawane ze względów towarzysko- dyplomatycznych. Kilka razy zdarzyło się, po uzgodnieniu z mężem – a bywanie należało do obowiązków żony – że nie poszłam mimo zaproszenia. Były też przyjęcia przyjacielskie i mniej oficjalne, bo zaprzyjaźnieni z nami Polacy pełnili wtedy ważne funkcje w państwie. 

My także wydawaliśmy przyjęcia. Przed każdym z nich ustalałam z panią Gyöngyi i jej mężem, kucharzem, czy będzie to spotkanie przy stole, czy na stojąco, w zależności od ilości osób, i co podamy. Zwykle musiała być chociaż jedna potrawa węgierska, na przykład naleśniki z Hortobagy – nadziewane mięsem, polane sosem paprykowym, zapiekane i na koniec polane śmietaną. 

Jeden z takich wieczorów zapamiętałam szczególnie dobrze. W czasie wizyty węgierskiego ministra spraw wewnętrznych gośćmi w rezydencji byli przedstawiciele ministerstw spraw wewnętrznych i UOP obu krajów. Przyjechali z odpowiednią ochroną i gdy goście weszli do salonu, w naszym niezbyt dużym hallu zaroiło się od postawnych panów ze słuchawkami w uszach. Miałam wrażenie, że zebrało się tam kilkunastu silnych, niedosłyszących mężczyzn. 

Po objęciu stanowiska ambasador składa wizyty swoim odpowiednikom z innych państw, akredytowanym w Warszawie. Nie potrafię określić, ile jest ambasad, ale na pewno około stu. Dawniej również żony składały takie wizyty, ale ku mojemu zadowoleniu, zasada ta już nie obowiązywała. 
Wizytę taką złożyła mi jedynie żona ambasadora Szwecji. Tego rodzaju spotkanie nazywane „herbatą” odbywało się w godzinach przedpołudniowych. Podawało się wtedy kawę lub herbatę i jakieś słodycze, mile było widziane coś z kuchni kraju reprezentowanego przez ambasadora; my podawaliśmy słone ciastka – węgierskie pogacze. W naszym najbliższym sąsiedztwie mieściła się rezydencja ambasadora Nigerii. Pierwszą wizytę złożyli nam właśnie sąsiedzi, w godzinach przedpołudniowych. Herbatę podawała pani Gyöngyi, na której polegałam bardziej, niż na sobie. Okazało się, że w przypadku herbaty nie było to takie oczywiste. Picie herbaty na Węgrzech nie jest zbyt popularne. I oto na srebrnej tacy stały filiżanki z bardzo ładnej, cienkiej, węgierskiej porcelany, z których zwisały sznurki z papierkami, a kostki cukru leżały na spodeczkach. W taki sposób nie podaję herbaty nawet domownikom, więc czułam się mocno zakłopotana, ale nic nie mogłam zrobić. Od tej pory herbatę parzyłam sama i zawczasu stawiałam na tacy cukiernicę. 

Odwiedzały nas też dzieci nigeryjskie, trzyletnie bliźnięta – dziewczynka imieniem Rut i chłopiec, Coppi, które były dokładnie w wieku naszej wnuczki Marysi. Przed pierwszym ich spotkaniem wydawało nam się, że powinniśmy trochę opowiedzieć o małych gościach, uprzedzić, że będą to dzieci czekoladowe, bo takie mieszkają w Afryce i że różnią się kolorem skóry od dzieci z przedszkola. 

Marysia i Rut od razu zaczęły się bawić w piaskownicy, którą zresztą nie często można było zobaczyć w ogrodach rezydencji. Coppi natomiast przestraszył się małej, białej dziewczynki, niepodobnej do znanych mu białych dorosłych i przez dłuższy czas rozpaczliwie płakał, nie chcąc zejść z kolan piastunki. 
Ambasadorem Czechosłowacji, a potem Czech była w tym czasie Marketa Fijalkova. Zaprzyjaźnilismy się z nią i z jej mężem, Przemkiem. Mąż ambasadora to pozycja, która wymaga jeszcze większego dystansu niż pozycja żony. Spotykaliśmy się na przyjęciach oficjalnych i prywatnie. Marketę poznaliśmy znacznie wcześniej, właśnie w Podkowie Leśnej, w 1987 roku, gdy zakładaliśmy Solidarność Polsko-Węgierską, na wzór wcześniej powstałej Solidarności Polsko-Czechosłowackiej, której przedstawicielką była wtedy właśnie Marketa. Pamiętałam ją, jako dziewczynę, o której mówiono, że pracuje w kotłowni, jest palaczem jak wielu innych dysydentów czechosłowackich w tym czasie. Po trzech latach spotkaliśmy się w innych rolach. Nie była już dziewczyną w podniszczonym płaszczyku, a panią ambasador demokratycznego kraju. 
Zaprzyjaźniliśmy się też z ambasadorem Izraela Mironem Gordonem i jego żoną Ulą. Miron Gordon, który jako dziecko mieszkał w Polsce, mówił nieźle po polsku; jego żona natomiast początkowo nie znała języka, ale po paru miesiącach mówiła lepiej od męża. Oboje mieli dużo dobrej woli, aby stosunki polsko-izraelskie były dobre. On – duży, potężny, trochę rubaszny; ona – drobna, ładna, razem stanowili parę, która budziła powszechną sympatię. Przy okazji któregoś ze spotkań powiedziałam, że ma takie samo imię jak moja córka Ula; ona na to: ” tak, tylko że moje imię bez zdrobnienia to nie Urszula, ale Uljanova, bo takie było życzenie mojej babci, komunistki z Odessy. Zostałam Ulą, bo nie chciałam być Uljanovą, a babcia, póki żyła, nie zauważyła różnicy”. 

Kiedy Gordonowie wyjeżdżali do Izraela, obiecywaliśmy sobie, że musimy się jeszcze spotkać albo tu, w Warszawie, albo tam. Nie pojechaliśmy, a Miron od paru lat nie żyje. 

Obowiązki protokolarnego bywania określały święta narodowe poszczególnych państw. Częstotliwość ich była bardzo różna. Zdarzało się, że w jednym tygodniu przypadały dwie, trzy, albo nawet więcej takich uroczystych okazji. Przyjęcia odbywały się w takim dniu w ambasadach, rezydencjach, lub należących do nich ogrodach oraz w reprezentacyjnych salach hoteli; za czasów mojego bywania było to w Mariotcie, ale także w salach na parterze Zamku Królewskiego. 

Miejsca spotkań różniły się wystrojem, ale ceremoniał był podobny. Napoje chłodzące i alkohole roznoszone przez kelnerów, jedzenie różne – od drobnych przekąsek do suto zastawionych stołów. Zdarzało się, że im biedniejszy kraj, tym bardziej było wystawnie. Goście oczywiście otrzymują zaproszenia, ale tylko wyjątkowo wchodzi się za ich okazaniem, widywano więc bywalców, którzy pojawiali się wszędzie, ale nikt nie potrafił powiedzieć, kim właściwie są. 

W 1990 roku ZSRR jeszcze istniał. W listopadzie po raz ostatni obchodzono hucznie święto Rewolucji Październikowej. Zostaliśmy zaproszeni. Zastanawiałam się, czy po prostu nie pójść, bo miałam zakodowaną zasadę, że tam się nie chodzi. Zwyciężył nie tyle obowiązek zaproszonej żony, co ciekawość, jak prezentuje się to ponure gmaszysko od wewnątrz i jak będzie wyglądało spotkanie z ludźmi, którzy w czasach PRL-u nigdy tam nie bywali. 

Już po wejściu do budynku przez ogromne drzwi poczułam, że trafiłam w sam środek socrealizmu i myślę, że moja reakcja nie była podyktowana zawodowym skrzywieniem architekta. Szeroka klatka schodowa zapełniona była gośćmi. U szczytu schodów ambasador Kaszlew z małżonką witali przybyłych. Przyjęcie odbywało się w ogromnej sali połączonej z podobnym wielkością i stylem pomieszczeniem, w którym stał wielki stół zastawiony potrawami – dominował kawior i ryby. Roznoszono napoje, głównie, choć nie tylko, wódkę. Po przemówieniu powitalnym ambasadora ukazał się zespół w strojach ludowych, który tańczył i śpiewał czastuszki. 

Obecni byli przedstawiciele prawie wszystkich opcji politycznych i oczywiście, dyplomaci akredytowani w Polsce. Gwar i rozmowy niby takie, jak na innych przyjęciach, a jednak było coś specyficznego w powietrzu, może przez to miejsce i obecność ludzi, którzy po raz pierwszy przekroczyli te progi. 

Nasza obecność na święcie obchodzonym w rocznicę Rewolucji Październikowej była swoistym paradoksem, bo nigdy ani ja, ani mój mąż nie uczestniczyliśmy w obchodach 7 listopada, a teraz jako przedstawiciele suwerennego i demokratycznego państwa z obowiązku braliśmy udział w przyjęciu z tej okazji. Trzy tygodnie wcześniej ambasador radziecki z małżonką byli obecni na przyjęciu w ambasadzie węgierskiej 23 października, w rocznicę Powstania Węgierskiego, stłumionego krwawo przez armię czerwoną. 

W 1991 roku wiadomo już było, że dni Związku Radzieckiego są policzone, nie obchodzono więc uroczyście rocznicy Rewolucji Październikowej. Dostaliśmy natomiast zaproszenie do rezydencji ambasadora Kaszlewa i jego żony do Konstancina. 

Zgodnie z panującym zwyczajem, zaproszenie przyszło z kilkudniowym wyprzedzeniem. Nie wiem, jak to się stało, ale dopiero w drodze do Konstancina uświadomiliśmy sobie, że jest 13 grudnia, dziesiąta rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Zaproszony był też Janusz Onyszkiewicz, wtedy wiceminister obrony narodowej, z żoną Joanną, wnuczką Józefa Piłsudskiego. Jemu dzień ten mógł się jeszcze kojarzyć z rocznicą internowania. Gościem był też wiceminister spraw zagranicznych Andrzej Kostarczyk, a dołączyła także Maryla Rodowicz z mężem. 
Ogromny świerk przed rezydencją ozdobiony był kolorowymi lampkami. Tam właśnie, pod drzewem, poczęstowano nas kieliszkiem zimnej wódki i gorącym pasztecikiem. 

Kolacja, już przy stole, składała się, jak pamiętam, głównie z przeróżnych, bardzo smacznych pielmieni. Przed naszymi talerzami stały kartoniki z imieniem i nazwiskiem, ozdobione herbem ZSRR. Ambasador Kaszlew oznajmił,że to już ostatnie takie wizytówki, prawie historyczne i radził zachować je na pamiątkę. 

Cztery razy byliśmy na przyjęciu, które z okazji Nowego Roku prezydent Rzeczypospolitej wydaje dla korpusu dyplomatycznego na Zamku Królewskim. 

O oznaczonej godzinie zaproszeni goście, w strojach wieczorowych, zbierają się w saloniku, który pełni rolę poczekalni przed wejściem do sali głównej. Wchodzący są anonsowani. Pierwszy wchodzi nuncjusz papieski, który jest dziekanem korpusu dyplomatycznego, następnie ambasadorowie z żonami, według kolejności określonej długością akredytacji w Polsce. 

Gości witał wówczas prezydent Lech Wałęsa z żoną Danutą i świtą – marszałkami sejmu i senatu, premierem, ministrami i przedstawicielami partii politycznych. 
Mowę powitalną z życzeniami dla dyplomatów wygłosił prezydent, w imieniu korpusu dyplomatycznego odpowiedział nuncjusz papieski, dziękując i składając życzenia dla Polski na ręce prezydenta Rzeczypospolitej. 
W 1991 roku, z okazji przyjazdu Ojca Świętego do Polski, otrzymaliśmy zaproszenie na mszę świętą celebrowaną przez papieża. Po południu tego samego dnia, w ogrodzie nuncjatury odbyło się spotkanie Jana Pawła II z dyplomatami i ich żonami. Po słowach powitania nuncjusza, arcybiskupa Józefa Kowalczyka, przemówił dostojny gość. Następnie kolejno, według zasad protokółu, podchodziliśmy do Ojca Świętego, który przedstawianym ambasadorom przekazywał swoje życzenia dla nich i dla ich kraju, w różnych językach. Do nas przemówił po węgiersku. Nigdy nie byłam w Rzymie i tu, w Warszawie, dane mi było przyjąć błogosławieństwo Ojca Świętego. 

Do moich obowiązków należał również udział w tak zwanym programie dla pań, gdy gościom na szczeblu państwowym towarzyszyły żony. 
Jeśli wizytę składał przedstawiciel Polski w Budapeszcie, byłam osobą towarzyszącą tam; jeśli Polskę odwiedzali Węgrzy, to tutaj. 
Pierwsza taka oficjalna wizyta odbyła się na początku 1991 roku. Lech Wałęsa wyjeżdżał do Budapesztu na spotkanie Grupy Wyszehradzkiej. Dla pani Danuty Wałęsowej był oddzielny program. Osobami towarzyszącymi były: żona ambasadora Polski na Węgrzech Danka Koźmińska, pani z protokółu węgierskiego MSZ i ja. 

Programy dla pań były zwykle dość podobne: spacer po mieście, muzeum, ewentualnie koncert, nieraz przedszkole lub szkoła. 

Zwiedzałyśmy Budapeszt – Stare Miasto, kościół Matyasa i Galerię Narodową. Wszędzie twarzyszyła nam ochrona osobista pani prezydentowej. W muzeum pan z ochrony zwrócił się do niej, żeby skrócić wizytę, bo nie zdążą kupić salami. Pani Danuta Wałęsowa o wiele jednak bardziej zainteresowana była obrazami i objaśnieniami kustosza muzeum – i tak pobyt w muzeum nie tylko nie został skrócony, ale był dłuższy, niż przewidywał program. 

Uroczysty obiad w saloniku jednej z najelegantszych restauracji w Budapeszcie wydawała pani prezydentowa Zsuzsa Göncz, z żoną nieżyjącego już premiera Antala. 

W czasie takich wizyt program jest dość napięty i właściwie nie ma żadnych przerw. Przemieszczanie z miejsca na miejsce odbywa się samochodami. Na początku jedzie auto pilotujące, z „kogutem”. Przyznam się, że te przejazdy krępowały mnie nieco. Sama, będąc ambasadorową, spotykałam się z uciążliwościami poruszania się po mieście, kiedy odwiedzała je „ważna osoba”. Mąż bardzo lubi opowiadać, jak to jechał Nowym Światem z jakimś oficjalnym gościem i widział mnie stojącą z torbą z zakupami i wypatrującą autobusu. 

W Polsce towarzyszyłam również żonie węgierskiego ministra spraw zagranicznych, pani Edycie Jeszenszkiej i pani prezydentowej Zsuzsie Gönczowej. Tu też programy były podobne – spacer w Łazienkach, Żelazowa Wola, Wilanów, Muzeum Narodowe, Kraków; do tego dochodziły uroczyste obiady lub kolacje. 

Na przyjęciach siedzących każdy ma swoje wyznaczone miejsce. Zwykle przed salą jadalną rozłożony jest schemat stołu z zaznaczeniem, do którego miejsca należy się kierować. Według przyjętego zwyczaju najważniejszy gość i gospodarz przyjęcia siedzą naprzeciwko siebie, w środku dłuższych boków lub przy szczytach stołu. Na stole przy każdym nakryciu umieszczony jest kartonik z imieniem i nazwiskiem, aby każdy usiadł na właściwym miejscu. Na wstępie, albo przed deserem wygłasza się toasty. 

Nie pamiętam już dokładnie, czy w czasie wizyty prezydenta Árpada Göncza, czy Gézy Jeszenszkiego zdarzył się dość zabawny incydent. Goście mieszkali wtedy w hotelu Rady Ministrów na Parkowej. Po którymś z punktów programu dla pań podjechaliśmy pod hotel, gdzie według programu miał być obiad o godzinie 13.15. Była 13.00. Do samochodu podszedł urzędnik protokółu MSZ i zwrócił się do ambasadorowej Koźmińskiej i do mnie: „panie będą uprzejme być tu o godzinie 15.00”. W ten sposób polski MSZ zaoszczędził na dwóch obiadach, a nam niespodziewanie podarowano dwie godziny wolnego czasu. Blisko było do Łazienek, poszłyśmy więc tam i zjadłyśmy bez protokółu jakieś kanapki, siedząc na ławce i patrząc na drzewa i staw. 

W 1992 roku obowiązki męża rozszerzono też o funkcję ambasadora Republiki Węgierskiej na Białorusi; jeździł więc tam kilka razy w roku na parę dni. 

Mińsk był smutnym, socrealistycznym miastem. Jedyna cerkiew bielała świeżym tynkiem i już służyła wiernym. W katedrze katolickiej Polacy mieli już jedno pomieszczenie do odprawiania liturgii, w głównej nawie nadal była miejska sala gimnastyczna, ze źle zaprojektowanym zapleczem sanitarnym, bez wentylacji. Wchodzących do budynku uderzał więc szczególny odór. Teraz katedra jest już odnowiona i cała służy celom, dla których powstała. 

W ramach obowiązków męża mieliśmy w Mińsku zaprosić prezydenta Szuszkiewicza, miejscowych notabli i przedstawicieli tamtejszego korpusu dyplomatycznego. Mieszkaliśmy w hotelu „Cometa” i tu miało się odbyć przyjęcie. Po śniadaniach hotelowych, które składały się wyłącznie z żółtego sera i po tym, co widziałam w sklepach, pełna byłam złych przeczuć. O napoje alkoholowe byliśmy spokojni, bo przyjechały z nami. Obawy okazały się niepotrzebne. Kuchnia hotelowa i cała obsługa popisała się przygotowując różnorodne dania, do tego elegancko podane. W sali, na chwilę przed przyjściem gości poczułam się jak w bajce ” stoliczku, nakryj się”, albo jak w Polsce lat osiemdziesiątych, gdy nic nie było w sklepach, ale każdy, kto przyjmował gości, umiał coś wyczarować. 

Wracając z Mińska do Warszawy samochodem staraliśmy się jak najwięcej zobaczyć. Zwiedziliśmy Lidę i Wołkowysk, obejrzeliśmy Nieśwież i Mir. 

Po powrocie byliśmy zwykle bardzo zmęczeni podróżą. W środku nocy, o trzeciej, obudził mnie Ákos, mówiąc, że ktoś jest na tarasie i puka do drzwi sypialni. Jeszcze niezupełnie rozbudzona, sądząc, że nadal jesteśmy w hotelu w Mińsku, na dziesiątym piętrze, gdzie nie było żadnego balkonu ani tarasu, najpierw stwierdziłam, że mu się zdaje, ale potem też coś usłyszałam. Pukanie nie ustawało. 

Między rezydencjami naszą i nigeryjską była budka całodobowej ochrony. Żołnierz, który tam był, miał pilnować naszego bezpieczeństwa. Wydawało się, że musiał coś zauważyć i pewnie już zareagował. Kiedy Ákos wyszedł do niego, okazało się, że żołnierz nie tylko nic nie słyszał i nie widział, że ktoś się dostał na teren rezydencji, ale nie wiedział też, przed jakim domem stoi i spytał męża: „to co ja mam (dodając popularny przerywnik) robić?” W końcu chyba to ja zatelefonowałam na policję, a gdy mąż wracał do domu, usłyszał: „panie Ákosu, niech mnie pan wpuści”. Okazało się, że to kolega córki, wracając nocą z jakiejś imprezy, postanowił sprawdzić, czy łatwo można wejść do tego rodzaju placówki. Okazało się, że dość łatwo. Policja była już w drodze, przyjechali i skończyło się na upomnieniu i postraszeniu trochę młodego człowieka. Na drugi dzień dostałam od niego bukiet kwiatów. 

Wydaje mi się, że przez okres pełnienia funkcji żony ambasadora udało mi się zachować dystans do siebie i do sytuacji. Zabawne były na przykład uwagi: „jak świetnie mówi pani po polsku. Gdzie i kiedy się pani nauczyła?” Przeważnie przyznawałam się, że nie jest to moja szczególna zasługa. Raz nie bardzo wiedziałam, jak zareagować, gdy żona polskiego ministra obrony narodowej stwierdziła, że „tylko ten akcent zdradza, że nie jest pani Polką, ale poza tym mówi pani świetnie.” 

W korpusie dyplomatycznym wiele osób mówiło po polsku. W niektórych państwach przyszli dyplomaci – a także ich żony lub mężowie – przed przyjazdem do kraju, w którym mają pracować uczą się zwyczajów i języka tego kraju. Zwykle po zakończeniu kadencji w jednym miejscu są kierowani na nową placówkę. W naszym wypadku było inaczej. Mąż z góry wiedział, że mógł z całą odpowiedzialnością być ambasadorem tylko w Polsce. Nie widział się w roli dyplomaty w innym kraju. Ewenementem było wtedy, że wszyscy pracownicy ambasady węgierskiej mówili po polsku i byli zaangażowani w odbudowywanie i tworzenie dobrych stosunków między obu państwami. W tej nowej rzeczywistości ci, którzy nawet nie byli zawodowymi dyplomatami, sprawdzili się dzięki swojemu zaangażowaniu. 

Moja sytuacja jako żony ambasadora różniła się od życia w Polsce innych żon. Byłam u siebie, blisko rodziny i przyjaciół, pracowałam zawodowo. Właściwie nie poznałam do końca życia pań na rezydencjach, prawie nie uczestniczyłam w ich spotkaniach w Klubie Pań, ich rozrywkach czy wyjazdach krajoznawczych. Przy spotkaniach radziłam, co warto w Polsce zobaczyć, gdzie pojechać, na co zwracać uwagę. 
W tamtych czasach w podobnej sytuacji była jescze żona ambasadora Chile, której mąż przed objęciem stanowiska ambasadora też mieszkał po zamachu Pinocheta w Polsce. Polką była też żona ambasadora Włoch, z tym że do Warszawy przyjechała wtedy z kraju swego męża. Jako ciekawostkę podam fakt, że jej rodzice, państwo Nowosielscy, plastycy, mieszkali w Podkowie, a jej mama mieszka tam do dzisiaj. 

Wiadomo było, że kadencja się kończy. Dla męża był to czas bardzo wyczerpujący fizycznie i psychicznie. Składaliśmy wizyty pożegnalne, wydawaliśmy ostatnie przyjęcia. Jedna z pań spytała, czy nie będzie mi tego brakować, czy nie żałuję, że kończy się ten okres w moim życiu. Odpowiedziałam, że nie, a nawet cieszę się. Spojrzała na mnie z niedowierzaniem, ale ja naprawdę to właśnie czułam. Była to bez wątpienia wielka przygoda. Poznałam wielu ludzi, niektórych bardzo ciekawych, byłam w miejscach i w sytuacjach, w których w innych okolicznościach nigdy bym się nie znalazła. Jednocześnie musiałam być w ciągłym pogotowiu towarzyskim i miałam świadomość, że moje zachowanie i słowa nie są tylko moją prywatną sprawą. Był to też czas bez trosk finansowych, wyręczano mnie w niektórych codziennych czynnościach i było to bez wątpienia wygodne. 

Na pożegnanie otrzymałam od polskich pracowników ambasady – sprzątaczek, kierowców i innych – serwis obiadowy w prezencie. Był to gest bardzo sympatyczny, niespodziewany i zupełnie bezinteresowny. 

W 1994 roku obchodziliśmy ostatnie Boże Narodzenie w rezydencji, z naszymi dziećmi i trójką wnucząt – Marysią, Jackiem i zaledwie 6-dniową Krysią. Już mieliśmy dom w Podkowie Leśnej, wiedzieliśmy, że następne dni i święta będziemy tu spędzać. Znaleźliśmy swoje miejsce. Spokój. Ciszę. Przyrodę. Nasz dom, może za duży na co dzień dla nas dwojga, choć w porównaniu do „pałaców” powstających w Podkowie bardzo mały, jest akurat właściwej wielkości, gdy często na soboty i niedziele przyjeżdżają nasze wnuki i spędzają tu część wakacji, nieraz również ze swymi węgierskimi kuzynami.

Krystyna Golińska-Engelmayer

za: http://free.art.pl/podkowa.magazyn/nr34

80 huzarów – autentyczna historia

  • Posted on 31 października, 2012 at 17:14

[youtubegallery]
Część 1|http://www.youtube.com/watch?v=R75Swu7JS6E
Część 2|http://www.youtube.com/watch?v=EufwAjf7gIk
Część 3|http://www.youtube.com/watch?v=Xe-rmUFLR2I
Część 4|http://www.youtube.com/watch?v=33DbMi3vCSU
Część 5|http://www.youtube.com/watch?v=uAriA8U76A0
Część 6|http://www.youtube.com/watch?v=W0oPto7GnOg
Część 7|http://www.youtube.com/watch?v=zuwVr0VGiI4
Część 8|http://www.youtube.com/watch?v=4tUcsBctbJ0
Część 9|http://www.youtube.com/watch?v=JAr-MVdz-gE
Część 10|http://www.youtube.com/watch?v=GnmKFzPxkjs
Część 11|http://www.youtube.com/watch?v=JdzhxSEJfQA
Część 12|http://www.youtube.com/watch?v=O-GdnTTEMDY
Część 13|http://www.youtube.com/watch?v=Y6panStha1Y
[/youtubegallery]

Pomnik ku czci węgierskich powstańców stanął we Wrocławiu (2006 rok)

  • Posted on 20 września, 2012 at 12:32

Znak pamięci o węgierskich bohaterach 1956 roku

 

Fot. Krzysztof Gutkowski / AG

– Pomnik będzie przypominał, jak historia kolejny raz połączyła Polaków i Węgrów. To właśnie Polacy pierwsi pospieszyli z pomocą węgierskim powstańcom – powiedział Michaly Györ, ambasador Republiki Węgierskiej, podczas uroczystego odsłonięcia rzeźby upamiętniającej 50. rocznicę Powstania Węgierskiego.

Trójkolorowy obelisk autorstwa Magdaleny Molendy symbolizuje rozdartą węgierską flagę. Stanął na Bulwarze Słońca, niedaleko hotelu Park Plaza. – Stąd jest niedaleko do ul. Jedności Narodowej, która w 56 roku nosiła nazwę Stalina. Jednak na znak solidarności z powstańcami jej mieszkańcy zerwali stare tabliczki i nadali ulicy nazwę Węgierskich Bohaterów. Może dzisiaj trzeba by przywrócić tę nazwę – mówi Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia.

Egészséges Fejbőr – Esküszünk – Przysięgamy

  • Posted on 13 lipca, 2012 at 09:12

Bez względu na protesty w mieście Gyomroi stanie pomnik admirała Horthy’ego

  • Posted on 8 czerwca, 2012 at 07:28
W położonym 30 kilometrów od Budapesztu mieście Gyomroi, pomimo licznych protestów lewicowych działaczy, stanie pomnik admirała Miklosa Horthy’ego – węgięrskiego bohatera narodowego oraz jednego z „ludzi-symboli”, świadczących o wieloletniej i nieprzerwanej przyjaźni Węgier i Polski.Liczące zaledwie 15 tysięcy mieszkańców miasto początkowo miało upamiętnić admirała w znacznie głębszym wymiarze, przywracając nazwę Admirała Miklosa Horthy’ego rynkowi miasta, którą nosił w latach 1937-1945. Po reakcji lewicowych polityków, którzy zarzucają admirałowi odpowiedzialność za śmierć tysięcy komunistów, Cyganów oraz Żydów, rada gminy zdecydowała się jedynie na budowę pomnika i ochrzczenie nazwiskiem Horthy’ego największego parku w mieście (to właśnie w nim stanie pomnik). Miklos Horthy zostanie uhonorowany w Gyomroi dzięki politykowi nacjonalistycznej partii Jobbik (Ruch na Rzecz Lepszych Węgier), piastującemu urząd radnego w tym mieście.

Admirał Horthy zasłynął w Polsce dzięki swojej bezkompromisowej postawie, uwidaczniającej wieloletnią polsko-węgierską przyjaźń. Między innymi w trakcie II Wojny Światowej, podczas której Węgry współpracowały z III Rzeszą, Horthy odmówił przepuszczenia wojsk Wehrmachtu przez terytorium Węgier przeciwko Polsce, czego domagali się naziści i nakazał zaminowanie tuneli kolejowych i ich wysadzenie w przypadku próby przedarcia się Niemców siłą.

za: http://autonom.pl

Pochowany na śmietniku ze skrępowanymi drutem kolczastym rękami i nogami

  • Posted on 3 czerwca, 2012 at 07:08

[tłumaczenie na polski wkrótce]

Viktor Orbán – przemówienie na symbolicznym pogrzebie Nagy Imre w roku 1989.

” Po wybuchu Rewolucji Węgierskiej 1956, 24 października ponownie wyznaczony na stanowisko premiera. Początkowo wynegocjował zawieszenie broni z Sowietami. Podczas krótkotrwałych rządów próbował dokonać reform: m.in. rozwiązał Węgierską Partię Pracujących, tworząc na jej miejsce Węgierską Socjalistyczną Partię Robotniczą (WSPR). Nagy ogłosił neutralność Węgier i wystąpienie kraju z Układu Warszawskiego, podjął rokowania w sprawie całkowitego wycofania Armii Radzieckiej. Był jednak stale pod ostrzałem radykałów nieufających komunistom i odmawiających poparcia rządowi. Kiedy ambasadorowi ZSRR Jurijowi Andropowowi udało się zmontować nową ekipę popierającą interwencję, los Nagya i jego rządu był przesądzony. Nagy stanął na czele oporu Węgrów przeciw ponownej interwencji, apelując o pomoc do państw zachodnich — po kilku godzinach schronił się w ambasadzie jugosłowiańskiej. Po przejściowym azylu w ambasadzie został podstępnie aresztowany, skazany po tajnym procesie na karę śmierci i stracony w nocy z 15 na 16 czerwca 1958 r. Pochowany na śmietniku ze skrępowanymi drutem kolczastym rękami i nogami. Podczas rządów komunistycznych jego grób nie był dostępny dla odwiedzających, natomiast sam Nagy stał się paradoksalnie symbolem oporu antykomunistycznego i antysowieckiego. „

János Esterházy – bohater Węgier i Polski

  • Posted on 1 czerwca, 2012 at 14:55


János Esterházy – wspaniała, lecz mało znana w Polsce postać – Węgier z matki Polki odznaczony pośmiertnie przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Polonia Restituta. O jego niesamowitym życiu w walce z dwoma totalitaryzmami opowiada Imre Molnár – attaché kulturalny ambasady Węgier w Polsce.

Top