You are currently browsing all posts tagged with 'Atilla'

Winnica Syracha

  • Posted on Lipiec 6, 2013 at 12:24

… czyli jak Węgrzy, Polacy i Gruzin pospołu robili wino na Słowacji

fot. Janusz Walczak

Wszystko zaczęło się mało oryginalnie, bo od przypadku – obecności dwóch Polaków i Węgra podczas wieczoru z aukcją win. W jej trakcie poznaliśmy się i okazało, że jesteśmy „z tej samej szkoły”, jeśli chodzi o stosunek do wina. Podczas kolejnych wspólnych spotkań, „bratanek” Imre odkrył przed nami Amerykę znakomitego węgierskiego winiarstwa, a nasze grono poszerzyło się. Najpierw dołączył Dawid z Gruzji (i świat już nigdy nie wyglądał tak samo), a potem towarzystwo rozrosło się o jeszcze jednego naszego krajana.
Spędzone wspólnie chwile Imre ubarwiał opowieściami o tradycjach i winnicach regionu, z którego pochodzi, dzisiaj leżącego w granicach środkowosłowackiego obszaru winiarskiego. Raczył nas przy tym obficie winem wytwarzanym tamże domowym sposobem przez swojego krewniaka Csabę. Zaowocowało to nieco szaleńczym pomysłem założenia własnej małej winnicy w tamtych stronach. Nie zrażał nas dystans 700 km, sądziliśmy też, że istniejąca na tych terenach kultura winiarska z niezbędnym zapleczem może tylko pomóc. Pozostało już tylko, bagatela, znaleźć konkretne miejsce, zacząć uprawiać winorośl i produkować wino.

Toteż, gdy Imre, którego mianowaliśmy tymczasem Marszałkiem, nadesłał zaproszenie mniej więcej tej treści: „W celu zajęcia terenów pod przyszłe umocnione pozycje wzywa się członków sztabu, aby stawili się w obszarze objętym gryfem tajności w dacie wiadomej…”, nie pozostało nic innego jak ruszać w pole.

I tak wiosną 2006 roku wyprawiliśmy się na tereny pogranicza słowacko-węgierskiego. Łagodne wzgórza i liczne buczyny przypominają tu nieco krajobrazy znane z Bieszczadów. Wioska, obok której mieliśmy poszukiwać miejsca, nosi nazwę Širákov. Jej węgierski odpowiednik (a Węgrzy stanowią większość na tych terenach) brzmi Sirak – prawdziwy znak dla poszukiwaczy winnic. Jak ustaliliśmy, przyjęła je od proroka Syracha, który notabene w swojej Mądrości wyraża się bardzo przychylnie o winie.

Następnego poranka eksploracje okolic rozpoczęliśmy od wyjazdu z zaprzyjaźnionym myśliwym do winnic Csaby. Usadowieni obok kilku sztuk broni na dwóch ławeczkach terenówki ruszyliśmy za północne obrzeża wioski. Delikatnie wznosząca się wśród zaoranych pól polna droga po kilku kilometrach doprowadziła nas na grzbiet, za którym rozpościerała się niewielka dolina przecięta pasmem drzew nad strumieniem. Trakt w tym miejscu rozdzielał się schodząc lewą odnogą w dolinę, a drugą podążał w połowie wysokości obsadzonego winoroślami stoku o południowo-zachodniej wystawie. Na wprost nas widok zamykały dwa wzgórza porośnięte bukami.

Rozpoczęliśmy zwiedzanie winnic. Były to paski szerokie zaledwie na kilka sznurów, należące do poszczególnych właścicieli. Przy wielu z nich wybudowano małe piwniczki i domki letniskowe. Krzewy posadzono 20–30 lat temu, nie dbając o rozdział szczepów – na jednym naciągu występowało zwykle kilka odmian. Winnice powstały, gdy okoliczny PGR przejął tereny za niskim grzbietem zamykającym dolinę od strony zachodniej. Mieszkańcom Sirak w zamian oddano wówczas nieuprawne, porośnięte głównie krzakami głogu zbocze, zbyt strome dla zmechanizowanej pracy. Dziś na terenach zajętych przez dawnego państwowego obszarnika winnice dzierżawią Morawianie.

Nasza obecność nie pozostała niezauważona. Przyjazne powitania z sąsiednich działek nieodmiennie prowadziły do zaproszeń na próbowanie win. Gościnne piwniczki skrywały miejscowe specjały pod ceglanymi sklepieniami. Budowa ich potwierdzała małą spoistość gruntu, który stanowi przemieszanie kamieni i formacji osadowych. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w dolinie nie ma prądu, a zimą trudno tu dojechać. Brak cywilizacyjnych zdobyczy nie był jednak czymś, co mogło nas zniechęcić, wręcz przeciwnie.

Po kilku godzinach wróciliśmy do wioski, aby zgodnie ze słowami Csaby nieco się wzmocnić i odpocząć przed dalszymi poszukiwaniami. Po wypiciu kilku kolejek miejscowej pálinki, zjedzeniu dwu obiadów – jednego u naszego gospodarza, drugiego u jego matki (którą wypadało poznać, a że pora była obiadowa…) oraz pół godzinie leżenia w trawie wśród małego sadu wreszcie uznani zostaliśmy za zregenerowanych.

Najpierw udaliśmy się do położonej za kilkoma wzgórzami wioski. Na wznoszącym się nad nią grzbiecie stał dom z półhektarową winnicą na tyłach. Widać było bardzo staranne prowadzenie krzewów, a w piwnicach domu zastaliśmy proste, ale kompletne wyposażenie do produkcji wina. Oglądając krzewy i popatrując na dachy wioski, wypytaliśmy właścicielkę o strukturę nasadzeń, lokalne warunki i sposoby winifikacji. Jej informacje o winnicy potwierdzały liczne dyplomy z lokalnych konkursów winiarskich.

fot. Janusz Walczak

Po pożegnaniu wyruszyliśmy na południe w stronę granicznej rzeki Ipola (węg. Ipoly). Minąwszy sąsiednie miejscowości auto wspięło się na wzgórze porośnięte lasem, przez który prowadził piaszczysto-błotnisty dukt. Poruszając się powoli w górę, dotarliśmy do skraju drzew i stanęliśmy na szczycie oświetlonej popołudniowym słońcem stromej skarpy. Z jej krawędzi rozpościerała się panorama równiny przeciętej rzeką Ipola z tłem stopniowo wznoszących się za nią wzgórz, które w kierunku zachodnim tworzą malowniczy przełom Dunaju. Wzdłuż stromizny prowadziła ścieżka opadając nieregularnymi uskokami. Poniżej widać było pozostałości winnic, a nad nią w cieniu pojedynczych drzew wejścia do piwniczek wydrążonych w zboczu. Wszystko było zrujnowane, z widocznymi lejami po artyleryjskim ostrzale – czerwonoarmiści potraktowali piwniczki jako wrogie umocnienia. To miejsce miało znacznie dłuższą tradycję niż dolina, którą zwiedzaliśmy rano. Skarpa była obszarem komunalnym kultywowanym przez mieszkańców wioski co najmniej od lat 1930. Wspólna przestrzeń została podzielona na biegnące w pionie parcele, gdzie gospodarze hodowali winorośl i wytwarzali wina. Zasiadając u wejść do piwniczek w cieniu szlachetnych drzew mieli u swoich stóp winnice, przed oczyma rozległy widok i mogli liczyć na częste odwiedziny sąsiadów, wzajemne próbowanie win.

To był ostatnie miejsce, które mieliśmy w planie. Wieczór spędziliśmy w gościnnym domu Csaby, dzieląc się wrażeniami i winem.

W wyborze miejsca okazaliśmy się jednomyślni. Dolinka podobnie jak posiadłość z domem były miejscami obsadzonymi krzewami w pełni sił, przynoszącymi wina na przyzwoitym poziomie, mimo stosunkowo sporej wydajności i niemal domowej technologii produkcji. Skarpa miała wymarzony widok, ale po winnicach pozostały tylko ślady, a jej nachylenie było tak znaczne, że wymagałaby nie tylko ręcznej uprawy, ale być może nawet budowy tarasów. Dodatkowym problemem było jej oddalenie. Stok nad doliną miał dobrą, choć nie idealną, bo południowo-zachodnią orientację, elementami sprzyjającymi były osłonięcie od silnych wiatrów i obecność strumienia łagodzącego skutki ekstremalnych sytuacji pogodowych. Pół hektara na wzgórzu miało optymalną ekspozycję – przez cały dzień pozostawało wystawione na promienie słoneczne, jednak istniało tu większe ryzyko związane z zimnymi wiatrami, suszą. Niestety w skład posiadłości wchodził także spory dom, a czegoś takiego nie przewidywały nasze plany i możliwości. W tej sytuacji i przy założeniu, że naszym celem zasadniczym jest wytwarzanie win do codziennego picia, najlepszym wyborem było zainteresowanie się pasmami winnic sąsiadujących z terenem Csaby, z którym chcieliśmy się umówić na ich prowadzenie i winifikowanie zbiorów. Wiedzieliśmy natomiast jedno – decyzja zapadła!

za: http://magazynwino.pl/Artykuł/624/winnica-syracha

W pierwszej części artykułu, która ukazała się w Magazynie WINO w numerze 3/2009, opisałem zrodzenie się wśród prawdziwie międzynarodowej grupy przyjaciół pomysłu posiadania własnej winnicy i to, jak została wyszukana na południowych terenach Słowacji, zamieszkałych w większości przez naszych węgierskich bratanków. Teraz przyszedł czas na pierwsze wina.

Jako się rzekło tako się stało. W ciągu kilku tygodni nasz winiarz Csaba wykupił kilka „pasów” winnic przylegających do jego własnego terenu w dolince. Utworzyły one zwarty obszar, czego nie można niestety powiedzieć o nasadzeniach. Po przeprowadzeniu oględzin okazało się, że staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami w większości białych odmian winorośli – müller-thurgau, grüner veltliner, pinot blanc – oraz niewielkiej ilości kékfrankosa. (Tu mała dygresja – posługuję się nieprzypadkowo nazwami poszczególnych szczepów w ich wersjach niemiecko, francusko czy węgierskojęzycznych. Nie wynika to z bałaganiarstwa, odwołuję się do brzmienia najłatwiej rozpoznawalnego w naszym kraju.) Nie odebraliśmy tych proporcji biało-czerwonych jako problemu. Białe wino umie nas cieszyć w równym stopniu jak czerwone, jeśli nie bardziej. Poza tym widzieliśmy w tym doświadczenie tutejszych rolników-winiarzy, którzy rozumieją miejscowe warunki, predyspozycje danej lokalizacji. Taki respekt nie jest czczą kurtuazją. Dogłębne zbadanie niuansów lokalnego siedliska (temperatur, nasłonecznienia, stosunków wodnych) metodami pomiarowymi wymaga co najmniej kilkunastu lat. Dlatego tak cenne było doświadczenie zebrane w tym wypadku przez hodowców na przestrzeni ćwierć wieku. Przyjęliśmy, że w pierwszym roku nic nie będziemy zmieniali, pozwalając sobie jedynie na dosadzenie niewielkiej ilości syraha, no jakże inaczej w dolinie noszącej imię proroka Syracha.

Do obszaru około 1 hektara doszła jeszcze niewielka połać reńskiego rizlinga w pobliskiej wiosce Scomilja, której właściciele w zamian za prowadzenie winnicy oddawali nam część zbiorów.

Szczęśliwie objąwszy w posiadanie winnicę na początku okresu wegetacji mieliśmy możliwość zaprowadzenia w niej własnych porządków. Pracy było tak wiele i tak pilnej – wszak każdego dnia przybywało pędów, liści i pąków, że tylko dzięki pomocy dorastającego syna Attyli i pozostałych członków rodziny Csaba mógł jej podołać.

Nie próżnowała także ciemna strona mocy natury. Nie wiem czy miała jakieś informacje z urzędu ziemskiego, ale od razu zamanifestowała się w winnicy w postaci ognisk szarej pleśni wyraźnie dając do zrozumienia, że obcym nie podda się bez walki. Mając jednak w swoich szeregach Attylę i Csabę, imienników największego wodza oraz legendarnego bohatera przodków Węgrów odnieśliśmy zwycięstwo. Niestety w jednej sprawie zawiedliśmy się – licząc na możliwość najmowania miejscowych pracowników. Prace miały z natury rzeczy charakter dorywczy, więc brakowało chętnych.

Tymczasem każdy dzień przybliżał moment zbiorów i zrobienia wina. Przewidująco Csaba zapewnił sobie miejsce na przechowywanie wina. Wybór padł na ponad stuletnią piwniczkę położoną blisko rzeki. Ułożenie się z właścicielami poszło gładko, ale doprowadzenie jej do odpowiedniego stanu znowu wymagało sporej pracy. Konieczną inwestycją okazał się też zakup dwóch tysiąclitrowych kadzi, pięciu zbiorników ze stali tzw. „kwasówki” o pojemności ponad 20 hektolitrów oraz drobnego wyposażenia.

fot. Janusz Walczak

Na pracach i przygotowaniach minęło lato i pierwsze dni jesieni. Szczęśliwie pogoda była sprzyjająca i już tylko jej załamanie w okresie zbiorów mogło popsuć ten rocznik. Na przełomie września i października nadeszła pora na pierwsze zbiory. Tu objawił się kolejny problem.

Zbiorów nie planuje się z wyprzedzeniem, po prostu czeka się na optymalny moment, a czasem trzeba podając decyzję o ich rozpoczęciu w jednej chwili ze względu na pogodę. Tym samym nie sposób zaplanować uczestnictwa w zbiorach, gdy ma się do pokonania 700 km i inne zobowiązania. Na szczęście okazało się, że chęć do winobrania wśród miejscowych była większa niż do żmudnych prac pielęgnacyjnych. Z chęciami szły w parze także pewne umiejętności. Było to ważne, gdyż rozproszenie krzewów każdego ze szczepów powodowało, że zbiory trwały naraz w kilku miejscach winnicy. Owoce poszczególnych odmian były wytłaczane na pożyczonej prasie i trafiały do kadzi, gdzie moszcz rozpoczynał spontaniczną fermentację. Po jej samoistnym zakończeniu młode wino zapełniało stalowe zbiorniki, w których miało spoczywać przynajmniej do wiosny.

Tak oto niezwykle szybko, w kilka miesięcy od wycieczki w poszukiwaniu winnicy mieliśmy już upragnione własne wino. Spoczywało w chłodzie szemrząc swoją cicha opowieść pod sklepieniem piwnicy. Było tego ponad tysiąc litrów, czyli niecałe 1500 butelek. I śmiesznie (cóż to za ilość, na jeden duży raut) i strasznie, bo jednak sami tego nie wypijemy.

Skoro uznaliśmy, że sami wina wypić nie zdołamy, trzeba było się nim podzielić z przyjaciółmi. Z próbowaniem wina zgodnie ze zwyczajem postanowiliśmy zaczekać do dnia św. Marcina, miłej sercu Polaka dacie 11 listopada (świetnie się to u nas składa, dzień wolny i okazja w sam raz na wesołe świętowanie). Czas oczekiwania postanowiliśmy poświęcić na przygotowanie właściwej formy dla naszego wina – dobór kształtu butelek, zaprojektowanie etykiet.

© Janusz Walczak

Uświadomiło nam to od razu, że nie mamy nazwy dla winnicy. Sporów w tej materii jednak nie było. Uznaliśmy, że na winach powinno widnieć nazwisko Csaby – winiarza prowadzącego winnicę i winifikację. Każde inne rozwiązanie wydawało nam się nieszczere, ukrywające rzeczywistość wytworzenia wina. Do naszego udziału w przedsięwzięciu odwołało się za to specjalnie opracowane godło winnicy. Motyw pędów winorośli zbiegających się spiralnie do środka zapożyczony ze zwornika kościoła św. Macieja w Budzie miał symbolizować nasz wspólny cel. Samą winnicę ochrzciliśmy imieniem Syracha.

Pewien problem powstał przy ustaleniu apelacji. Współcześnie obowiązujący „Region Środkowosłowacki” ma istotną wadę – to raczej kategoria administracyjna, nie odzwierciedla jakiejś tożsamości winiarskiej. Obejmując dość duży i zróżnicowany obszar raczej nadaje anonimowość niż niesie informację. Przewertowaliśmy więc stare mapy i odnaleźliśmy, że był to obszar winiarskiego regionu rozciągającego się wokół miast Vác, Hont, Nógrád wzdłuż linii austrowęgierskiej kolei Budapesztańsko-Wiedeńskiej.

Gdy niecierpliwie oczekiwaliśmy na pierwsze próbowanie wina, otrzymaliśmy bardzo dobrą wiadomość. Attyla po zdanej maturze postanowił rozpocząć naukę w budapeszteńskiej szkole kształcącej winiarzy. Mogliśmy z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Wreszcie nadeszła wiekopomna chwila. Ponieważ nie mogliśmy pojechać do winiarni, więc Csaba przysłał nam próbki wszystkich win. Drżącymi lekko rękoma trzymaliśmy pierwsze butelki – za chwilę mieliśmy je otworzyć i wino miało do nas przemówić. Naprawdę wielki moment, coś realnego i żywego powstało z naszym skromnym udziałem.

Wina przemówiły dość przyjemnie i czysto. Najlepiej wypadł reński rizling, no cóż, szlachectwo zobowiązuje. Pozostałe białe wina były inne – każde w swoim odmiennym charakterze miało wiele zalet, ale żadne nie wydało się też tak kompletne jak rizling. Pomysł, który zabrzmiał jak decyzja, podsunął David: kupażujemy. Zrobiliśmy zestawienie czym dysponujemy i w jakiej ilości, następnie wychodząc z proporcji, jakie narzucały nam te dane, szukaliśmy optymalnego składu. Było to bardzo pouczające zajęcie, śledzenie zmiany smaków, bukietów, struktury przy każdej modyfikacji składu mieszanki. Efektem było opracowanie dwóch kupaży, obok rizlinga w czystej postaci. Nasz kékfrankos był czysty, z dobrą kwasowością i został przeznaczony do przynajmniej rocznego dojrzewania.

za: http://magazynwino.pl/Artykuł/846/winnica-syracha-ii-cel—pierwsze-wino

Top