You are currently browsing all posts tagged with 'Engelmayer'

Jeden, jedyny zadowolony Polak, czyli Węgier w Polsce

  • Posted on Styczeń 21, 2013 at 11:46

Naprawdę jest mi trochę głupio, bo temat wymaga ode mnie pewnego obnażania się, a ja ekshibicjonistą intelektualnym nie jestem.

Mam poczucie, czy też świadomość, podwójnej tożsamości, ale nie czuję się uczestnikiem żadnej mniejszości w Polsce. Czuję się natomiast członkiem mniejszości narodowej na 200- czy 300- kilometrowym odcinku słowackim, jak jadę samochodem z Warszawy do Budapesztu.

Żeby dało się zrozumieć ten cały nieprawdopodobnie skomplikowany problem, nie tylko osobisty, ale i ogólnowęgierski, wypada zacząć od małego wstępu na temat mojej rodziny.

Rodzina mojej matki pochodzi z węgierskiego Ujvidék (obecnie serbski Nowy Sad) i Ardu (obecnie rumuński Arad) ze zmadziaryzowanej rodziny niemieckiej. Jednak moja mama, jak i jej brat, czyli mój wujek, zdali egzamin z patriotyzmu węgierskiego w trudnych latach drugiej wojny światowej oraz w 1956 r.

Rodzina ojca pochodzi ze Spiszu (Spis, Szepeség, Zpis), który obecnie leży częściowo w Słowacji, a północna część w Polsce, a więc z krainy, która od początku państwowości aż do 1918 r była częścią Korony Węgierskiej. Jest to ród saski, który zamieszkał w XV w. na Spiszu (szlachectwo Engelmayerów zostało potwierdzone w 1965 r.). Pozwolę sobie zacytować wielkiego pisarza węgierskiego Móra Jókaiego, który tak pisze we wspaniałej powieści Biała dama z Lewoczy (Löcse, Levoca, Leutschan): „… pod herbami nadawanymi przez Królów węgierskich, same niemieckie nazwiska – Zecher, Perner, de Schacher, Fabriczius, Alauda, Engelmayer […] właśnie oni i prastare rody mieszczańskie zajmują wybitne miejsce w dziejach Węgier, a w szczególności w historii powstań narodowych. Węgierski Sienkiewicz opisuje powrót burmistrza Lewoczy Fabricziusa z Polski dostarczającego broń i pieniądze dla powstańców. Wszyscy wiedzieli, że burmistrz i Engelmayer są najbardziej miłowanymi przez księcia Ferenca Rákoczego ludźmi na Spiszu”.

Dokąd sięga moja znajomość historii rodu Engelmayerów, a po stronie babci – rodu Rausów, moi przodkowie uważali się za Węgrów i byli patriotami węgierskimi, choć jednocześnie twierdzili, że są Zippserami, czyli Spisakami. Opat Lewoczy, późniejszy biskup Nyiry (Nitra) Samuel Engelmayer przekazywał tajną korespondencję między konfederatami barskimi a ich posłannikiem, uwięzionym w Wienernaustadt, Mihályem Kovátsem, późniejszym pułkownikiem legionu Pułaskiego w Ameryce, poległym pod Charlestonem w 1779 r. Na Spiszu masowo znaleźli schronienie uchodźcy polscy po upadku powstania listopadowego i uciekinierzy w 1846 r. z Galicji. Mieszkańcy Spisza odgrywali ważną rolę nie tylko w kontaktach węgiersko-polskich w 1863 r., ale również w czasie drugiej wojny światowej, choć już wtedy byli obywatelami słowackimi.

Moi rodzice i babcia uczyli mnie, że oprócz miłości do ojczyzny, czyli do Węgier, można kochać i mała ojczyznę – jak mówią Niemcy: Heimat – czyli Spisz, mimo że leży ona poza granicami kraju i że dane mi było ją zobaczyć dopiero w prawie dorosłym wieku.

Dla mnie Spisz był krainą legend rodzinnych i narodowych, dziecięcych marzeń, gór – Tatr, tradycji powstańczych, historycznych, terenem opisanym w „węgierskiej trylogii”. W 1956 r., gdy w wieku 18 lat znalazłem się po raz pierwszy na Spiszu, część tego wszystkiego jeszcze odnalazłem. Przede wszystkim poznałem moją Babcię, nieprawdopodobną osobę, z którą utrzymywałem kontakt listowny od 6. roku życia. Babcia była córką wicewojewody Spisza, najwyższego urzędnika państwa węgierskiego na tym terenie (funkcja wojewody była tytularna). Żyli tam Węgrzy, Niemcy, czyli Zippserzy, Słowacy, Polacy, Żydzi, Ukraińcy. Babcia opowiadała, że kiedyś ojciec zabrał ją – gdy jeszcze nie chodziła do szkoły – na jakąś uroczystość, gdzie zagrano i zaśpiewano przepiękną pieśń. Zapytała ojca co to za utwór, a najwyższy urzędnik węgierski powiedział, że to jest hymn węgierski. Na to Babcia, 5 – 6 letnia dziewczynka, mówi, że w takim razie ona chce być Węgierką, a tatuś bardzo ją pochwalił. Tak to wyglądało w tej części Europy na przełomie XIX i XX w.

Moja nauka podwójnej tożsamości kulturowej, a nawet – zaryzykowałbym – narodowej, była niełatwa, czasami bolesna, czasami tragikomiczna. Oto dwa rodzinne przykłady:

– Mój dziadek po mieczu Odon Engelmayer był starostą okręgu Késmárk (Kezmarok, Kosmark). W 1918 r., gdy powstała Republika Czechosłowacka, przyznał się do narodowości niemieckiej, żeby móc zostać w swoim Heimacie i pomagać pozostałym Węgrom. W 1939 r., jak powstała „niepodległa” Słowacja, przyznał się znów do narodowości węgierskiej, bo wtedy już nie groziło to wydaleniem z okręgu.

– Mąż siostry mojego ojca był Niemcem ze Spiszu, w domu mówili po niemiecku. W 1939 r. przyznał się do narodowości niemieckiej i w 1944 r., kiedy Niemcy całkowicie opanowali Słowację, jego syn, czyli mój kuzyn, został powołany do SS jako Volksdeutsch. Chłopak uciekł w Tatry, gdzie polowała na niego partyzantka polska, słowacka, radziecka, a także oczywiście Gestapo i SS. Po wybuchu powstania słowackiego, które jeszcze bardziej skomplikowało jego położenie, żeby się ratować, zgłosił się jako ochotnik do Wehrmachtu. Potem, w 1945 r., walczył pod Pragą czeską z własowscami(dowodzonymi przez Andreja Vlasova jednostkami rosyjskimi walczącymi pod komendą niemiecką), czy z rosyjskimi sojusznikami Hitlera, którzy pospieszyli na pomoc antyniemieckim powstańcom praskim. Surrealizm? Kafka, Ionescu, Mrożek? Nie. Środkowa Europa!

Wracając do moich przeżyć z lata 1956 r.: oprócz spotkania z Babcią największe wrażenie zrobił na mnie las oddzielający czy łączący Késmárk (Kezmarok, Kosmark) i Tatry. Często przemierzałem go na przełaj. Nigdzie poza tym miejscem nie miałem wrażenia, że jestem tak blisko Boga – spokój, szczęście. Tego lasu już nie ma, w latach 60. został wycięty, zasiano tam kukurydzę, ale nie rosła. Zamiast lasu, na skutek erozji, pojawiła się Sahara pod Tatrami.

Od tej pierwszej wycieczki Spisz stał się rzeczywiście moim Heimatem, moją „mała ojczyzną” i pozostał nią do dziś – niezależnie od tego, czy jest zniszczony, czy jest polski, czy słowacki. Nie przypadkowo – teraz oczywiście się chwalę – moje zbiory hungaryków przekazałem na Zamek Nidzicki, który nota bene jest jedynym zamkiem na terenie historycznych Węgier poza granicami obecnych Węgier, którego węgierskość nigdy, nawet w czasach stalinowskich nie była kwestionowana.

Niespełna dwa miesiące po mojej pierwszej wycieczce na Spisz wybuchło w Budapeszcie powstanie. Jego początkiem była demonstracja solidarnościowa z Polakami w dniu 23 października pod pomnikiem Bema. „Minden magyar együtt halad, kövessük a lengyel utat!” (Wszyscy Węgrzy chodźcie z nami, pójdziemy za Polakami). „Függetlenség, szabadság – lengyel-magyar barátság!” (Niepodległość + wolność = przyjaźń polsko-węgierska). W ciągu 13 dni powstania określiło się całe moje późniejsze życie, którego niezwykle ważną częścią stała się tradycja historycznej przyjaźni węgiersko-polskiej.

Przez 30 lat próbowałem wytłumaczyć ten węgierski fenomen propolskiej sympatii. Niewątpliwie istniała ukształtowana przez wieki społeczna świadomość wspólnoty losu, zrodzona m.in. za przyczyną podobieństw w rozwoju społecznym. Wielkie znaczenie dla utrwalenia propolskich sympatii ma także literatura patriotyczna. Dla przykładu, świadomość dzisiejszych najwybitniejszych polonistów węgierskich określiła w dzieciństwie powieść Viktora Rákosiego Chłopcy bohaterzy,O węgierskich orlętach generała Bema.

Ostatnio tłumaczyłem fragment pracy nie żyjącego już profesora Istvána Csaplárosa dotyczący percepcji „hymnów” polskich, czyli Jeszcze Polska nie zginęła i Boże coś Polskę na Węgrzech. Otóż zaraz po powstaniu tych pieśni – w okresie kiedy mieliśmy wspólne cele i interesy narodowe – pojawiły się one w ręcznie pisanych śpiewnikach z tekstem polskim, słowackim, a najczęściej węgierskim. Po 1897 roku, po ugodzie między narodem węgierskim i Habsburgami, te pieśni znalazły się w śpiewnikach drukowanych, m.in. w pierwszym zbiorze 100 patriotycznych i pobożnych pieśni węgierskich wydrukowano Boże coś Polskę i Jeszcze Polska nie zginęła. Były one śpiewane w szkołach, przez chóry związkowe, amatorskie i zawodowe. Ja jeszcze uczyłem się ich w szkole i mogę je zaśpiewać po węgiersku. Międzywojenny powieściopisarz Rezsö Töröka umieścił w jednej ze swoich książek następujące zdarzenie: na początku wieku chłopcy z przedmieścia Budapesztu kąpali się w Dunaju i palili ognisko, co było zabronione. Zjawił się policjant i przerażeni, chłopcy… zaczynają śpiewać Boże coś Polskę. Policjant zasalutował i odszedł. Można uznać za swoisty fenomem fakt, że pieśni te stały się organiczną częścią patriotyzmu i tradycji węgierskiej.

Tradycja propolskich sympatii kształtowała się w węgierskiej szkole. Kilka lat temu robiłem dokumentalny program radiowy o uchodźstwie polskim na Węgrzech w czasie II wojny światowej. Rozmawiałem z Węgrem, który w 1939 r. odbierał przerzucanych przez Drawę, czyli na teren Jugosławii, Polaków jadących potem przez Włochy do Francji. Zapytałem go, czy robił to za darmo. Odpowiedział, że za pieniądze, bo chodził do serbskiej szkoły i nie wiedział, że istnieje coś takiego, jak przyjaźń węgiersko-polska.

Boję się tylko, że jeśli edukacja na Węgrzech będzie wyglądała w przyszłości tak jak obecnie, to cały ten przepiękny, blisko tysiącletni wątek historyczny przestanie istnieć. Choć pocieszające jest, że w tych rodzinach i środowiskach, w których pielęgnowane są tradycje patriotyczne istnieje wciąż często racjonalnie nie wytłumaczalna sympatia propolska.

To wszystko odżyło gwałtownie w roku 1956. Pojawiła się świadomość wspólnych celów (suwerenność, destabilizacja, demokracja), wspólnoty losu i zagrożenia ze strony ZSRR. Panowała nie tylko wówczas, ale i później nieprawdopodobna sympatia do Polski. Język polski stał się niesłychanie modny. Znaczna część obecnej węgierskiej elity politycznej, wywodząca się z byłej opozycji mówi albo przynajmniej rozumie po polsku.

Moje pokolenie jeżdżąc autostopem po Polsce (u nas było to zabronione) szukało w Polsce tradycji historycznej, patriotyzmu (kościół, tradycja akowska, powstańcza), na Węgrzech bowiem wszelkie gesty patriotyzmu, przywiązania do narodowych tradycji traktowano jako objawy nacjonalizmu. Dla nas Polska była – w porównaniu z Węgrami – oazą wolności, ale również oknem na Europę (kluby studenckie, teatr, malarstwo abstrakcyjne, „Warszawska Jesień”, Jazz Jamboree, filmy zachodnie, filmy szkoły polskiej itp.). Kiedy w 1969 r. na rowerze przekroczyłem granicę na Łysej Polanie, zobaczyłem żołnierzy WOP w znanych z historii i z lektur polowych rogatywkach. Jestem osobą sentymentalną, patriotyczno-romantyczną i na ten widok… prawie się rozpłakałem. U nas mundur naśladował wówczas wzory radzieckie, nawet herb był naznaczony radziecką symboliką, choć po 1956 r. nadano mu pewne elementy narodowe.

Po powstaniu 1956 r. nie uciekłem na Zachód. Pracowałem jako robotnik, miałem wilczy bilet i różnorodne, coraz to nowe, kłopoty. Po pierwszej rowerowej wycieczce do Polski postanowiłem „wybrać wolność” w Polsce. Po niewyobrażalnych perypetiach udało mi się. Znalazłem wspaniałą żonę, zacząłem studiować, czułem się wolny. W Polsce bardziej mogłem być Węgrem niż u siebie w domu. Licznie przyjeżdżający autostopem i nocujący u nas koledzy i koledzy kolegów zazdrościli mi. Mówiono wówczas, że w Polsce jest jeden zadowolony Polak – to jest ten Węgier, czyli ja.

Pewne komplikacje powodował język. Na początku miałem trudności z polskim (uczyłem się raczej ze słuchu niż z podręcznika i z tego powodu błędy gramatyczne zdarzają się mi do dziś). Później, już jako student UW, uczyłem się nowych pojęć po polsku (głównie z filozofii i logiki) i, aby zachować pełną kompetencję we własnym języku, z wielkim samozaparciem odnajdywałem odpowiedniki tych pojęć po węgiersku.

Na początku lat siedemdziesiątych w Budapeszcie przypadkowo spotkałem kolegę z lat szkolnych. Był z dziewczyną. Poszliśmy na piwo i wspominaliśmy dawne czasy. Dziewczyna nie znała mnie, ale z rozmowy zorientowała się, że żyję za granicą. W pewnym momencie powiedziała: – Chyba wyjechałeś z kraju na początku lat 60. – Skąd wiesz? – Z twojego stylu mówienia (rozmawialiśmy slangiem młodzieżowym), dziś już tak się nie mówi, np. na dziewczynę dziś już nie się mówi lala… To był cios. Zacząłem śledzić zmiany językowe, zbierając nowe wyrazy, określenia slangowe, słowem uczyłem się i uczę się ciągle własnego języka.

Odkrycie innej kultury, która mimo odmienności jest bardzo podobna do mojej, dało mi ogromną radość. Stałem się bogatszy, mogłem czerpać z dwóch kultur. Jako tłumacz pośredniczyłem między intelektualistami węgierskimi i polskimi. Później to pośrednictwo rozszerzyło się także na opozycję. To wszystko zawdzięczałem Polsce, Polakom, temu, że znalazłem tu schronienie. Nigdy nie przestałem być Węgrem, ale chyba bardziej wówczas utożsamiałem się z Polską niż z Węgrami.

Niewątpliwie czasami bywałem i bywam bardziej Polakiem od niektórych Polaków, lepiej znam i czuję pewne fragmenty życia społecznego czy kulturalnego niż nie jeden Polak. Niemniej jednak mam spojrzenie na sprawy polskie trochę z zewnątrz, z dystansu. Podskórnie przeczuwałem nadchodzący rok 1968, konflikty lat 70. (już w okresie „Pomożemy”), czy po powstaniu Solidarności, zbliżający stan wojenny. Mam na to świadków, choćby nieżyjącego już Wiktora Woroszylskiego, który kilkakrotnie mówił o tym w różnych wywiadach.

W haniebnym 1968 r. duża część tego cudownego społeczeństwa, które świadomie wybrałem, nie zdała egzaminu. Był to potworny wstrząs, nie tylko z powodu znanych nam wszystkim wydarzeń. Wydawało mi się, że jeśli jako dorosły człowiek wybrałem świadomie jakiś kraj i społeczeństwo, to nie ciągnę ze sobą całego obciążenia z lat wcześniejszych. Zaczynam wszystko od nowa, wybieram ludzi, kontakty, środowiska. Wtedy okazało się, że trzeba te sprawy na nowo zweryfikować, a mój plecak jest obciążony.

Dodatkowym doświadczeniem było to, że – ponieważ uznano mnie za syjonistę-goja, z takim nazwiskiem – nie mogłem przez długi czas dostać pracy. Doznałem zatem – tu, w Polsce – podwójnego poniżenia. Nota bene, jak powierzono mi stanowisko ambasadora, też znaleźli się tacy, którzy mówili, że Węgrzy zwariowali – wysyłają do Polski Żyda, który dodatkowo żyje w Polsce.

Zatem po marcu musiałem zrewidować wiele spraw, między innymi swój stosunek do Polski, do Węgier, do kultury, do historii zarówno polskiej, jak i węgierskiej. Była to najpierw weryfikacja intelektualna, polityczna. Szok emocjonalny, uczuciowy nadszedł nieco później. Przyjechał do Warszawy z Debreczyna dziecięcy zespół ludowy. Ja byłem ich tłumaczem, opiekunem, konferansjerem. Grali i śpiewali piosenki z mojego dzieciństwa, tkwiące bardzo głęboko, prawie zapomniane. Było to jak seria z karabinu maszynowego kosząca biegnącego żołnierza. Zrozumiałem, że nie mogę – może inni to potrafią – zapomnieć, świadomie czy nieświadomie wyrzec się pewnych rzeczy, pewnych wartości. Wchodziłem więc w okres Solidarności legalnej i nielegalnej już nie tylko jako Węgier z pochodzenia, ale również jako Węgier z uczucia i przekonania.

Kim zatem jestem – Węgrem czy Polakiem? Niewątpliwie jestem stuprocentowym Węgrem, ale jestem nieprawdopodobnie związany z Polską. Tkwię – intelektualnie, uczuciowo, politycznie, praktycznie – w dwóch kulturach. Jest to cudowne. Ale Bogu dzięki nie interesuję się piłką nożną, bo naprawdę nie wiem, komu bym kibicował oglądając mecz Polska–Węgry.

Wydaje mi się – proszę tego nie odebrać jako samochwalstwa – że udało mi się – Węgrowi żyjącemu tutaj, ambasadorowi akredytowanemu w Warszawie – coś robić dla kultury polskiej, dla Polski w ogóle. Chciałbym też z całą siłą podkreślić, że gdy rozpoczynałem misję ambasadora powiedziałem premierowi śp. Józsefowi Antallowi, że jeśli będę miał zrobić coś, co zaszkodzi Polsce albo co jest nie do pogodzenia z polską połową mojego sumienia, to zrezygnuję. Dane mi było, że nie musiałem tego robić. Odszedłem natomiast – tego wymagało moje sumienie – po dojściu postkomunistów do władzy.

Pewien wspaniały Węgier, żyjący przez wiele lat w Polsce, zasłużony dla obu kultur, na łożu śmierci wołał nie żonę i dzieci, lecz mnie i jeszcze innego Węgra będącego akurat w Warszawie.

Wiem, że na starość i moja nostalgia do ojczyzny będzie rosła. Wiem też, że już nigdy na stałe tam nie powrócę. Wiem, że na łożu śmierci będę majaczył po węgiersku, chociaż czasami zdarza mi się we śnie mówić po polsku.

Kończąc bardzo sentymentalnie i bardzo wzniośle: chciałbym być pochowany w Nidzicy, czyli na Spiszu, na terenie Korony Węgierskiej, a obecnie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Ákos Engelmayer

za: http://www.instesw.ebox.lublin.pl

Top