Widziałem wolny Naród

  • Posted on 25 września, 2012 at 17:35

W Budapeszcie byliśmy tylko osiem godzin, ale to było jak zaczerpnięcie świeżego powietrza. Staliśmy na ulicy Konstytucji wśród tysięcy, które nie zmieściły się na placu Kossutha i oglądaliśmy uroczystości na telebimie. Po ich zakończeniu wraz z innymi Polakami powoli ruszyliśmy do przodu. Wtedy dziesiątki tysięcy Węgrów się rozstąpiło i zaczęło bić brawo…

W górze biało-czerwone flagi, transparenty, skandowanie „Viktor Orbán!”, palce wyciągnięte w kształcie litery „V”. Owacja Węgrów, okrzyki „Polska!”, „bratanki!”, „dziękujemy!”. W oczach wdzięczność, radość i łzy. Ręce wyciągnięte do nas, dłonie w uściskach, młodzież i starsi z siwymi włosami. Szczególnie ci ostatni przywoływali myśli, iż przecież oni muszą pamiętać – 1956. To wtedy Zbigniew Herbert pisał: „Stoimy na granicy / wyciągamy ręce / i wielki sznur z powietrza / wiążemy bracia dla was…”

Tyle lat minęło, a jakże realnego wymiaru nabrała plastyczna wizja logo „Wielkiego wyjazdu na Węgry” – serca utworzonego ze splecionych rąk w polsko-węgierskich barwach. Chwilę później wychodzimy z placu, pamiątkowe fotografie, młoda dziewczyna telefonuje do Polski: „Tego nie da się opowiedzieć, nie mogę mówić…”.

Dzisiaj, kolejne pokolenie wolnych Polaków, w sercu wolnego narodu węgierskiego w dniu jego święta narodowego – 15 marca 2012 roku – dopisało następną kartę naszej wspólnej historii. Poza nią stanęli ci w Polsce, którzy podjęli decyzję, aby inicjatywę „Wielkiego wyjazdu na Węgry” klubów „Gazety Polskiej” wspartą przez Stowarzyszenie „Solidarni 2010” i Ruch Społeczny im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przemilczeć, jej znaczenie pomniejszyć lub po prostu wykpić.

Duchowa wspólnota narodów

Serdeczności z jaką przyjęli nas Węgrzy – od pierwszych chwil pobytu na ich ziemi – nie da się wyreżyserować medialnymi kampaniami, zadekretować „resetami”, „nowymi otwarciami”… Ona kształtowała się od pokoleń, żeby wspomnieć św. Kingę, Ludwika Węgierskiego, św. Jadwigę, Władysława Warneńczyka, Władysława Jagiellończyka, Barbarę Zápolyę, Stefana Batorego, gen. Józefa Bema… W 1920 transporty broni z Węgier pomogły zwyciężyć nad bolszewikami pod Warszawą, a po klęsce 1939 roku gościnna ziemia węgierska przyjęła dziesiątki tysięcy polskich, wojskowych uchodźców. Symbolami tej wojennej polsko-węgierskiej przyjaźni pozostali m.in. premier Pál Teleki, József Antall, płk Zoltan Baló, ks. Béla Varga czy gimnazjum w Balatonboglár. Niespełna dwie dekady później rok 1956 – biało czerwone-flagi na ulicach Budapesztu i słowa młodego poety Győrgy Gőmőriego: „Wszyscy Węgrzy chodźcie z nami, pójdziemy za Polakami”, a w Polsce, konwoje z krwią i lekarstwami dla ofiar rozjeżdżanego sowieckimi czołgami Powstania… Długo można by wymieniać, postacie, wydarzenia, a dzisiaj choćby węgierska kaplica w łagiewnickim sanktuarium Bożego Miłosierdzia… To z okazji jej otwarcia bł. Jan Paweł napisał, iż: „przychodzą na myśl właśnie sięgające wieków braterstwo i duchowa wspólnota narodów polskiego i węgierskiego”.

Dlatego pojechaliśmy do Budapesztu. „Niezorganizowani”, spontanicznie, z potrzeby serca, ale też z głębokim przekonaniem, żeby być razem z Węgrami. Narodem, który 11 kwietnia 2010 – nazajutrz po naszej narodowej tragedii pod Smoleńskiem (mieszkańcy węgierskiego miasta Tatabánya już cztery miesiące później – jako pierwsi – uczcili jej ofiary pomnikiem) – w wolnych wyborach oddał pełnię władzy ugrupowaniu, na czele z premierem Viktorem Orbánem. Dzięki ogromnemu, społecznemu poparciu uchwalono nową konstytucję rozpoczynającą się słowami: „Boże, pobłogosław Węgrów” i deklarując w niej, iż:„Jesteśmy dumni, że nasz pierwszy król, święty Stefan przed tysiącem lat osadził węgierskie państwo na trwałych fundamentach, a naszą ojczyznę uczynił częścią chrześcijańskiej Europy. (…) Zobowiązujemy się, że będziemy chronić i pielęgnować nasze dziedzictwo, węgierską kulturę, niepowtarzalny język (…) Wyznajemy, że najważniejszymi ramami naszego współistnienia są rodzina i naród, a podstawowymi wartościami naszej jedności pozostają wierność, wiara i miłość. (…) Odrzucamy przedawnienie nieludzkich zbrodni dokonanych przeciwko narodowi węgierskiemu i jego obywatelom przez rządzące dyktatury: narodowych socjalistów i komunistów…”

Wszyscy jesteśmy Węgrami”

Wierność temu ideowemu przesłaniu – całkowicie obcemu – rządzącym dzisiaj najpotężniejszym siłom w Europie – nadała nowy kształt węgierskiej polityce: budowy niepodległych, suwerennych Węgier – niezależnych ekonomicznie oraz politycznie od ponad narodowych struktur. To wywołało reakcję Unii Europejskiej, która podjęła polityczne i finansowe naciski na Budapeszt. W takiej sytuacji, w dniu narodowego święta, pragnęliśmy pokazać – co napisano na jednym z polskich transparentów – iż dzisiaj „Wszyscy jesteśmy Węgrami”.

Przybyliśmy, aby dać wyraz mimo że jesteśmy rządzeni przez formację, której bliżej do Brukseli, Berlina i Moskwy niż Budapesztu, przez ludzi będących całkowitym zaprzeczeniem – i to w każdym wymiarze – premiera Viktora Orbána – iż to właśnie jego rządy stanowią dla nas inspirację i nadzieję na zmiany.

Już z parkingu w pobliżu parlamentu wyszliśmy w niewielkiej grupie z biało-czerwonymi flagami. Na pustym jeszcze przed południem placu Kossutha od razu zaczęli podchodzić pierwsi Węgrzy z wyrazami sympatii, klaksony samochodów, kierowcy zatrzymują się, machają. Na moście uściski dłoni, prośby o wspólne fotografie, kilka słów po polsku: „Węgier, Polak dwa bratanki”. W Budzie na wzgórzu zamkowym coraz więcej Polaków. Dwujęzyczne transparenty „Niech żyje Viktor Orbán”, „Wiara – Patriotyzm -Rodzina”, „Solidarność”, po angielsku „Polska popiera Węgry”, „Rządzie Węgier – zachowaj wiarę”. Częstują nas ciastkami, wręczają pamiątki, dwóch Węgrów śpiewa „Boże coś Polskę”, podchodzą kolejni, barierę językową przełamują krótkie hasła „Orbán gut! Bruksela kaput!”.

Chwilę później stajemy za huzarami, już setki biało-czerwonych flag, nazwy dziesiątek miast. Ruszamy, nie widać końca pochodu, nad Dunajem czeka już grupa z warszawskiego pociągu. Jest nas chyba kilka tysięcy, coraz więcej Węgrów. Za mostem gęsty szpaler, burza oklasków, nad głowami transparenty: „Witajcie polscy bracia”, „Dziękujemy za solidarność polskim braciom” i tak już będzie do końca kilkukilometrowego – coraz liczniejszego marszu, delegacje z całego kraju, ludowe stroje. Rytm wybijają dobosze, Węgrzy śpiewają dumne pieśni, daleko się niesie „Kossuth Lajos azt üzente” („Lajosz Kossuth wzywa nas”)…

Okoliczne ulice wypełnione ludźmi, telebimy pokazują zapełniony plac 250-300 tys. przybyłych, proporcjonalnie do liczby ludności, w Warszawie 11 listopada musiałoby się zebrać ponad milion Polaków! W morzu węgierskich flag wszędzie biało-czerwone wyspy. Poseł do parlamentu europejskiego wita nas – Polaków – w odpowiedzi huk oklasków. Na mównicę wychodzi premier Orbán. Mamy wyjątkowe szczęście, bo za nami stoją młode Węgierki – studiowały w Krakowie. Tłumaczą „na żywo” fragmenty wywołujące owacje. To zupełnie inny świat – takich słów nie powie – nie odważy się – żaden z rządzących obecnie Polską polityków i służących im dziennikarzy największych mediów. U nas takie poglądy codziennie są przedmiotem szyderstw, kpin. Na Węgrzech, głosząc je zdobywa się 61 proc. głosów, a w ich obronie na ulice wychodzą setki tysięcy Madziarów.

Męstwo, uczciwość, wierność, miłosierdzie…

Jesteśmy politycznymi i duchowymi spadkobiercami roku 1848. Polityczny i duchowy program tamtego czasu: nie będziemy kolonią! Program i pragnienie Węgrów w roku 2012: nie będziemy kolonią!” i dalej „Węgrzy nie będą żyli pod dyktatami obcych, nie oddadzą swej niezależności, ani wolności; nie poddadzą swojej Konstytucji” – mówi premier Orbán. Cytuje słowa poety Sándora Petöfiego: „Na Boga Węgrów przysięgamy, przysięgamy, że już więcej nie będziemy niewolnikami!”. Podkreśla znaczenie godności, wolności świadczących o sile narodów: „Z nami jest również wiele dziesiątków milionów w ciszy cierpliwej, ukrytej Europy, która żywi przywiązanie do narodowej suwerenności i wciąż wierzy w chrześcijańskie cnoty, które kiedyś wynosiły nasz kontynent na szczyty światowe, wierzy w odwagę, męstwo, w uczciwość, w wierność i w miłosierdzie”. Przywołuje powstanie 1956 i mówi, że tak jak wtedy, dzisiaj gotowi jesteśmy się bronić przed unijnym dyktatem. „Nie potrzebujemy też niechcianej pomocy obcych, którzy prowadząc nas za rękę, chcą sterować naszymi poczynaniami. Dobrze znamy naturę nieproszonej pomocy towarzyszy. Umiemy ją rozpoznać nawet wtedy, gdy skrywa się ona nie za postawnym mundurem, ale dobrze skrojonym garniturem”. Te słowa wywołują aplauz – w tłumie widać transparenty: „1956 – sowieckie czołgi; 2012 – zachodnie banki”… „Dotknięta” tym porównaniem Bruksela nazajutrz wydała oświadczenie, a my słyszymy: „Tylko silne narody na nowo mogą uczynić Europę wielką”. Gdy mówi, iż Węgrzy nie są sami, gdyż są z nimi też „polscy Bemowie” i inne narody rozlega się owacja, wtedy jeszcze dodaje „Niech Bóg błogosławi Polskę” i po polsku „Za wolność naszą i waszą”.

Takich słów nie usłyszymy od rządzących Polską, żeby je wypowiadać trzeba być mężem stanu, trzeba czuć wspólnotę z własnym narodem, a nie nim gardzić i go upokarzać. Takich słów nie usłyszymy w europejskich stolicach. Dlatego wielkiego święta wolności w Budapeszcie nie zobaczyły miliony Polaków w „publicznej” telewizji. Przez lata doświadczali tego politycy orbanowskiego „Fideszu”. Dlatego nie ma on złudzeń i mówi podczas uroczystości: „Nie dajcie się zwieść, jeśli jutro w światowych gazetach przeczytacie, że tu na placu było tylko kilkaset osób, a i te protestowały przeciwko rządowi”. Znamy doskonale ten mechanizm, znów działa sprawnie jak w czasach PRL-u za prezesa Macieja Szczepańskiego.

Dzisiaj Węgry idą pod prąd niszczącej Europę antycywilizacji, jej napór staje się coraz mocniejszy. Nad Dunajem udało się powstrzymać jej marsz, ale do zwycięstwa jeszcze daleko. W Polsce, niestety cały czas się cofamy, ostatnio jakby nieco wolniej, powoli jednak zbieramy siły. Ci, którzy widzieli Budapeszt 15 marca 2012 roku mają ich więcej. Tylko czy starczy ich na tyle, aby z ust polskiego premiera móc usłyszeć słowa: „nie będziemy kolonią”, a prezydenta „Polacy nie będą żyli pod dyktatami obcych, nie oddadzą swej niezależności, ani wolności”? Nie wiem. Zapamiętajmy jednak słowa Viktora Orbána: „Feudalizmu nie zniszczyli lennicy, a komunizmu zaś nie zburzyli sekretarze. Podobnie panowania finansowych spekulantów nie wyeliminują spekulanci lub biurokraci i to nie oni wyciągną później z rowu wykolejony wóz pogruchotanej Europy. Nie oni, lecz ci europejscy obywatele, którzy żyją z własnej pracy, z własnych wysiłków, gdyż teraz jest czas, by nadszedł ich świat. Jeśli tak się nie stanie, oznaczać to będzie koniec Europy”.

Jarosław Szarek

  • Filed under:
    • Bez kategorii

Dodaj komentarz

Top